...to mój mąż pochodzi z Plutona"
(R. Brett, Bóg nigdy nie mruga)
czwartek, 28 maja 2015
wtorek, 26 maja 2015
Dla Mamy:)
Mamo, wiem, że jesteś przeciwna internetowemu ekshibicjonizmowi życiowemu, ale wierzę, że zrozumiesz moje intencje, bo mam Ci do powiedzenia coś ważnego i chciałabym, żeby "świat" o tym wiedział:)
JESTEŚ WSPANIAŁĄ OSOBĄ
I BARDZO CIĘ KOCHAM
"Bóg nie jest nacjonalistą!"
"Historia Noemi i Rut* to opowieść o losach cudzoziemek.
Wszyscy jesteśmy cudzoziemcami - to lapidarne stwierdzenie nieustannie pojawia się w Piśmie Świętym.
Objęcie przybysza ochroną to jeden z najważniejszych obowiązków pobożnego Żyda, a odrzucenie cudzoziemca uważane jest za osobistą obrazę Boga.
Pismo Święte oczywiście przesiąknięte jest kulturą żydowską i w nieunikniony sposób prezentuje także pewne postawy nacjonalistyczne i ksenofobiczne. Przekazuje też jednak zasadę, która nie straciła na aktualności: nie ma na świecie miejsca, które nie należałoby do Boga, a człowiek więcej jest wart niż wszystkie ziemie świata. (...)
Szacunek, jakim Booz darzy Rut, wyraża pewną ogólną zasadę: to czyny, a nie pochodzenie decydują o dobroci danego człowieka. (...)
Noemi jest biedną wdową, ale mimo swojej życiowej sytuacji cieszy się szacunkiem.
Rut jest cudzoziemką, ale jej życzliwość, poszanowanie dla zwyczajów kraju, który ją przyjął, jak również opieka nad teściową sprawiają, że Booz zwraca na nią uwagę. (...)
Przyjmując taki punkt widzenia, można odnieść się do konkretnych, namacalnych rozwiązań politycznych w zglobalizowanym świecie, w którym chęć obrony własnego kąta na ziemi - jakby to był zamek feudalny - wydaje się śmieszna i anachroniczna."
(Miłość i inne sporty ekstremalne, Paolo Curtaz)
---------------------------------
* Historię Noemi i Rut można znaleźć w całości w Piśmie św. Księga Rut. Moje wcześniejsze dygresje na ten temat: Rut, Łoże, Moab i skrzypce, Decyzja Rut, Betlejem, Siostry, Ciemna noc goryczy, Rut c.d.
Wszyscy jesteśmy cudzoziemcami - to lapidarne stwierdzenie nieustannie pojawia się w Piśmie Świętym.
Objęcie przybysza ochroną to jeden z najważniejszych obowiązków pobożnego Żyda, a odrzucenie cudzoziemca uważane jest za osobistą obrazę Boga.
Pismo Święte oczywiście przesiąknięte jest kulturą żydowską i w nieunikniony sposób prezentuje także pewne postawy nacjonalistyczne i ksenofobiczne. Przekazuje też jednak zasadę, która nie straciła na aktualności: nie ma na świecie miejsca, które nie należałoby do Boga, a człowiek więcej jest wart niż wszystkie ziemie świata. (...)
Szacunek, jakim Booz darzy Rut, wyraża pewną ogólną zasadę: to czyny, a nie pochodzenie decydują o dobroci danego człowieka. (...)
Noemi jest biedną wdową, ale mimo swojej życiowej sytuacji cieszy się szacunkiem.
Rut jest cudzoziemką, ale jej życzliwość, poszanowanie dla zwyczajów kraju, który ją przyjął, jak również opieka nad teściową sprawiają, że Booz zwraca na nią uwagę. (...)
Przyjmując taki punkt widzenia, można odnieść się do konkretnych, namacalnych rozwiązań politycznych w zglobalizowanym świecie, w którym chęć obrony własnego kąta na ziemi - jakby to był zamek feudalny - wydaje się śmieszna i anachroniczna."
(Miłość i inne sporty ekstremalne, Paolo Curtaz)
---------------------------------
* Historię Noemi i Rut można znaleźć w całości w Piśmie św. Księga Rut. Moje wcześniejsze dygresje na ten temat: Rut, Łoże, Moab i skrzypce, Decyzja Rut, Betlejem, Siostry, Ciemna noc goryczy, Rut c.d.
niedziela, 24 maja 2015
Dziecko w świecie uczuć
Opowiadała mi kiedyś znajoma, jak to jej córeczka (nieco ponad 3 lata) miała "trudny dzień". Była z nią w sklepie, mała nieco marudziła, miała swoje zachcianki. Mama ją trochę tonowała, obiecała nagrodę za grzeczne zachowanie. Niestety, dziewczynkę wszystko drażniło: a to, że nie podała pieniążków kasjerce, a to, że nie wcisnęła pierwsza przycisku przy przejściu dla pieszych, a to, że w końcu nie dostała "nagrody". No i wpadła w lekką histerię:) Mama dzielnie przetrzymała ten huragan uczuć i krzywe spojrzenia niektórych współkupujących - nie uległa zachciankom córeczki. Gdy jakoś dotarły do domu, dziewczynka podeszła do mamy - zmęczona sobą i smutna. Powiedziała: "Przytul mnie. Ja się chcę u Ciebie wyciszyć. Ja się potrzebuję wyciszyć." Przytulona, chwilę później zasnęła.
Ale nie tylko dzieci sobie nie radzą z uczuciami.
Znacie ten stan, gdy jesteście po kilku niedospanych nocach i nagle jednego dnia dzieje się strasznie dużo sprzecznych rzeczy? Np. po extra randce wracacie do domu i okazuje się, że ktoś Wam zrobił problem z pracą zaliczeniową, a na dodatek za pół godziny umówiłyście się na "poważną rozmowę" z byłym chłopakiem? Albo miałyście zapracowany tydzień, za godzinę przychodzą goście, a ten, kto miał kupić kurczaka do sałatki, ewidentnie o tym zapomniał?
Nie tylko dzieci wpadają w "histerię". Nie, nie tą prawdziwą, plagą XIX w., którą tak ukochał Freud. Chodzi mi o jakieś ewidentnie przesadzone zachowania, typu: katastrofizm, wybujałe pretensje, obarczanie innych winą, komendrowanie najbliższymi, (rzucanie przedmiotami:)). I to nie tylko domena kobiet, bo mężczyzn również widziałam w takim stanie.
To nie jest tak, że kończąc 18. lat z automatu stajemy się dojrzali. Mam też wrażenie, że dziecko jest rzadko uczone, jak radzić sobie z emocjami, poza tym, by złości nie okazywać w ogóle a radość w sposób stonowany. Przyswajamy sobie jakoś wiedzę o emocjach sami. Od czasu do czasu spotykam jednak dorosłych, którzy radzą sobie z życiem zawodowym, towarzyskim, rozwijają swoje zainteresowania i pasje, ale są "dziećmi" w świecie uczuć. Nie ogarniają ich - więc robią to, czego najbardziej nauczono ich w dzieciństwie - tłumią. Spychają uczucia w niebyt, głębie podświadomości. Oni... hmm... mnie też się zdarza tak robić.
I co Pan zrobisz? Nic nie zrobisz. Z resztą po co, skoro tłumienie działa? Ale na to cudownie odpowiada psychologia:) Nie, nie jakieś teorie, ale żywa praktyka, na dodatek moja. Jakoś tak w toku studiów nauczyłam się "wyłączać" emocje w niektórych sprawach. No błagam, jak słuchasz na zajęciach o molestowanych dzieciach i tym podobnych sprawach, to po jakimś czasie uczysz się takie informacje przyjmować na zasadzie "radia w tle". Słyszysz głos, dochodzi, ale nie wpuszczasz go na "głębsze piętra" - nie dopuszczasz do uczuć. Analizujesz "na zimno". Tak, da się tego nauczyć, a w zasadzie samo się wykształca, bo oczywiście nikt nas tego nie uczył. Przydatne? Owszem:)
Problem w tym, że blokując negatywne uczucia, same z siebie blokują się pozytywne. Po jakimś czasie dochodzi się do stanu "zombie", gdzie oczywiście - mało co dotyka, ale też mało co cieszy.
Porzuciłam zatem tłumienie i nauczyłam się rezygnować z niektórych zajęć:)
Mała czterolatka miała lepszy pomysł na radzenie sobie z trudnymi uczuciami niż ja.
Ale nie tylko dzieci sobie nie radzą z uczuciami.
Znacie ten stan, gdy jesteście po kilku niedospanych nocach i nagle jednego dnia dzieje się strasznie dużo sprzecznych rzeczy? Np. po extra randce wracacie do domu i okazuje się, że ktoś Wam zrobił problem z pracą zaliczeniową, a na dodatek za pół godziny umówiłyście się na "poważną rozmowę" z byłym chłopakiem? Albo miałyście zapracowany tydzień, za godzinę przychodzą goście, a ten, kto miał kupić kurczaka do sałatki, ewidentnie o tym zapomniał?
Nie tylko dzieci wpadają w "histerię". Nie, nie tą prawdziwą, plagą XIX w., którą tak ukochał Freud. Chodzi mi o jakieś ewidentnie przesadzone zachowania, typu: katastrofizm, wybujałe pretensje, obarczanie innych winą, komendrowanie najbliższymi, (rzucanie przedmiotami:)). I to nie tylko domena kobiet, bo mężczyzn również widziałam w takim stanie.
To nie jest tak, że kończąc 18. lat z automatu stajemy się dojrzali. Mam też wrażenie, że dziecko jest rzadko uczone, jak radzić sobie z emocjami, poza tym, by złości nie okazywać w ogóle a radość w sposób stonowany. Przyswajamy sobie jakoś wiedzę o emocjach sami. Od czasu do czasu spotykam jednak dorosłych, którzy radzą sobie z życiem zawodowym, towarzyskim, rozwijają swoje zainteresowania i pasje, ale są "dziećmi" w świecie uczuć. Nie ogarniają ich - więc robią to, czego najbardziej nauczono ich w dzieciństwie - tłumią. Spychają uczucia w niebyt, głębie podświadomości. Oni... hmm... mnie też się zdarza tak robić.
I co Pan zrobisz? Nic nie zrobisz. Z resztą po co, skoro tłumienie działa? Ale na to cudownie odpowiada psychologia:) Nie, nie jakieś teorie, ale żywa praktyka, na dodatek moja. Jakoś tak w toku studiów nauczyłam się "wyłączać" emocje w niektórych sprawach. No błagam, jak słuchasz na zajęciach o molestowanych dzieciach i tym podobnych sprawach, to po jakimś czasie uczysz się takie informacje przyjmować na zasadzie "radia w tle". Słyszysz głos, dochodzi, ale nie wpuszczasz go na "głębsze piętra" - nie dopuszczasz do uczuć. Analizujesz "na zimno". Tak, da się tego nauczyć, a w zasadzie samo się wykształca, bo oczywiście nikt nas tego nie uczył. Przydatne? Owszem:)
Problem w tym, że blokując negatywne uczucia, same z siebie blokują się pozytywne. Po jakimś czasie dochodzi się do stanu "zombie", gdzie oczywiście - mało co dotyka, ale też mało co cieszy.
Porzuciłam zatem tłumienie i nauczyłam się rezygnować z niektórych zajęć:)
Mała czterolatka miała lepszy pomysł na radzenie sobie z trudnymi uczuciami niż ja.
o życzeniach na przekór
Wyjęte z kazania na pewnym ślubie:
"Za chwileczkę wyjdziecie z kościoła i z pewnością otrzymacie wiele pięknych życzeń. Skorzystam z okazji i złożę je Wam pierwszy. Troszkę na przekór, życzę Wam, żeby dziś był właśnie najgorszy dzień Waszego wspólnego życia. Innymi słowy: niech każdy następny dzień Waszego małżeństwa był piękniejszy od tego; żeby Wasze wspólne życie było coraz lepsze i pełniejsze."
"Za chwileczkę wyjdziecie z kościoła i z pewnością otrzymacie wiele pięknych życzeń. Skorzystam z okazji i złożę je Wam pierwszy. Troszkę na przekór, życzę Wam, żeby dziś był właśnie najgorszy dzień Waszego wspólnego życia. Innymi słowy: niech każdy następny dzień Waszego małżeństwa był piękniejszy od tego; żeby Wasze wspólne życie było coraz lepsze i pełniejsze."
poniedziałek, 18 maja 2015
o uczuciach
Nie kocham uczuć.
Nie spełniają moich oczekiwań. Czasem liczę na mega smutek, który pozwoliłby czerpać zyski z pociechy, a tu... nie jest tak źle! No i co? Przecież nie będę udawać:)
Z drugiej strony - lubią pojawić się znienacka. Zaskoczyć mocą. Myślę sobie: "czemu ja się tak denerwuję?" albo "w zasadzie to czym się martwię, smucę?" - nic się nie dzieje! A jednak coś... więc, pokazują mi, że siebie do końca nie znam.
Są nielogiczne i nieracjonalne (nie oczekujmy tego od uczuć!). Przez to mówią mi coś, czego nie mogę ogarnąć. Czuję czasem, że coś jest dobre, choć nie wiem, dlaczego. Szukam, szukam potwierdzenia, przeglądam fakty - są na korzyść, ale czuję, że to nie o to chodzi. Coś mnie ciągnie do czegoś, lub kogoś, i nie wiem, co!
Uczucia to coś więcej, niż obiektywna, racjonalna, mądra i bezpieczna rzeczywistość... Właśnie - nie da się ich kontrolować! Okazywanie uczuć - tak. Ale same uczucia? Nie bardzo.
Uczymy się dogadywać ze sobą. Zabawne - im bardziej staram się ich słuchać, tym chętniej dają o sobie znać. Odkryłam, że odpuszczanie mizernych prób kontroli powoduje, że można wspiąć się na ich falę i dać się ponieść. Łiiii.... jak jazda bez trzymanki. Dużo mówią - właśnie wtedy, gdy nie mogę rozkminić.
W sumie nie są złe. Tylko takie... nieuczesane.
Jest takie jedno, które szczególnie lubię, choć najmniej potrafię nazwać. Taki specyficzny rodzaj tęsknoty nie wiadomo za czym. Uczucie uczucia.
Pojawia się, gdy czytam Wiedźmina, oglądam Braveheart, słucham "Desert Rose" albo "Tak Cię kocham" albo "Bukowiny II", przy szancie "Moje morze", przy niektórych wierszach Baczyńskiego (zwłaszcza "Złej kołysance" i "Ty jesteś moje imię..."), gdy jestem na dobrych rekolekcjach, gdy idę sama lasem u mnie w wiosce, gdy patrzę na morze, gdy wieczorem w Chorwacji nie jesteśmy w kurorcie, ale na małej plaży, gdy mogę wtedy płynąć prosto w smugę zachodzącego słonka...
Nie spełniają moich oczekiwań. Czasem liczę na mega smutek, który pozwoliłby czerpać zyski z pociechy, a tu... nie jest tak źle! No i co? Przecież nie będę udawać:)
Z drugiej strony - lubią pojawić się znienacka. Zaskoczyć mocą. Myślę sobie: "czemu ja się tak denerwuję?" albo "w zasadzie to czym się martwię, smucę?" - nic się nie dzieje! A jednak coś... więc, pokazują mi, że siebie do końca nie znam.
Są nielogiczne i nieracjonalne (nie oczekujmy tego od uczuć!). Przez to mówią mi coś, czego nie mogę ogarnąć. Czuję czasem, że coś jest dobre, choć nie wiem, dlaczego. Szukam, szukam potwierdzenia, przeglądam fakty - są na korzyść, ale czuję, że to nie o to chodzi. Coś mnie ciągnie do czegoś, lub kogoś, i nie wiem, co!
Uczucia to coś więcej, niż obiektywna, racjonalna, mądra i bezpieczna rzeczywistość... Właśnie - nie da się ich kontrolować! Okazywanie uczuć - tak. Ale same uczucia? Nie bardzo.
Uczymy się dogadywać ze sobą. Zabawne - im bardziej staram się ich słuchać, tym chętniej dają o sobie znać. Odkryłam, że odpuszczanie mizernych prób kontroli powoduje, że można wspiąć się na ich falę i dać się ponieść. Łiiii.... jak jazda bez trzymanki. Dużo mówią - właśnie wtedy, gdy nie mogę rozkminić.
W sumie nie są złe. Tylko takie... nieuczesane.
Jest takie jedno, które szczególnie lubię, choć najmniej potrafię nazwać. Taki specyficzny rodzaj tęsknoty nie wiadomo za czym. Uczucie uczucia.
Pojawia się, gdy czytam Wiedźmina, oglądam Braveheart, słucham "Desert Rose" albo "Tak Cię kocham" albo "Bukowiny II", przy szancie "Moje morze", przy niektórych wierszach Baczyńskiego (zwłaszcza "Złej kołysance" i "Ty jesteś moje imię..."), gdy jestem na dobrych rekolekcjach, gdy idę sama lasem u mnie w wiosce, gdy patrzę na morze, gdy wieczorem w Chorwacji nie jesteśmy w kurorcie, ale na małej plaży, gdy mogę wtedy płynąć prosto w smugę zachodzącego słonka...
sobota, 16 maja 2015
Szymon
Szymon - Bóg wysłuchał (hebr.) lub człowiek płaskonosy (gr.)
Wymarzone imię dla skomplikowanych ludzi:) Z jednej strony mówi o rzeczywistości nadprzyrodzonej, wykraczającej poza materię, a z drugiej... o nosie. Żeby to jeszcze było ucho, to dałabym radę jakoś połączyć oba znaczenia, a tak to nie mam pomysłu. No chyba, że jakaś matka prosiła o dziecko z płaskim nosem:)
Znacie ten żart: "Dziewczyna mojego brata (M. to nie jest o Twojej dziewczynie:)) ma oczy jak górskie jeziora, usta jak koralowe kryształy i nos jak skocznia narciarska". Poeci opisują często oczy swojej wybranki, usta również, ale o nosie jakoś nikt nie pisze...
Wróć! Pisze!
"(2) Jak piękne są twe stopy w sandałach,
księżniczko!
Linia twych bioder jak kolia,
dzieło rąk mistrza.
(3) Łono twe, czasza okrągła:
niechaj nie zbraknie w niej wina korzennego!
Brzuch twój jak stos pszenicznego ziarna okolony
wiankiem lilii.
(4) Piersi twe jak dwoje koźląt,
bliźniąt gazeli.
(5) Szyja twa jak wieża ze słoniowej kości.
Oczy twe jak sadzawki w Cheszbonie,
u bramy Bat-Rabbim.
Nos twój jak baszta Libanu,
spoglądająca ku Damaszkowi.
(6) Głowa twa [wznosi się] nad tobą jak Karmel,
włosy głowy twej jak królewska purpura,
splecione w warkocze.
(7) O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, umiłowana, pełna rozkoszy! "
(Pnp 7, 2-7)
Nawiasem mówiąc - strasznie musiała być piękna ta kobieta, skoro opisując ją, autor tego tekstu porównywał ją do tego, co najwspanialsze w Izraelu. Na nasze to by było coś w stylu:
"Szyja twa jak wysmukłe sosny w południowych lasach,
oczy Twe jak Czarny Staw,
w którym odbijają się najwyższe szczyty,
Nos Twój jak wysokie klify,
wznoszące się nad spienionymi falami,
Głowa twa wznosi się nad Tobą jak Tarnica,
a Twoje włosy jak połoniny w zachodzącym słońcu,
splecione w warkocze".
Wymarzone imię dla skomplikowanych ludzi:) Z jednej strony mówi o rzeczywistości nadprzyrodzonej, wykraczającej poza materię, a z drugiej... o nosie. Żeby to jeszcze było ucho, to dałabym radę jakoś połączyć oba znaczenia, a tak to nie mam pomysłu. No chyba, że jakaś matka prosiła o dziecko z płaskim nosem:)
Znacie ten żart: "Dziewczyna mojego brata (M. to nie jest o Twojej dziewczynie:)) ma oczy jak górskie jeziora, usta jak koralowe kryształy i nos jak skocznia narciarska". Poeci opisują często oczy swojej wybranki, usta również, ale o nosie jakoś nikt nie pisze...
Wróć! Pisze!
"(2) Jak piękne są twe stopy w sandałach,
księżniczko!
Linia twych bioder jak kolia,
dzieło rąk mistrza.
(3) Łono twe, czasza okrągła:
niechaj nie zbraknie w niej wina korzennego!
Brzuch twój jak stos pszenicznego ziarna okolony
wiankiem lilii.
(4) Piersi twe jak dwoje koźląt,
bliźniąt gazeli.
(5) Szyja twa jak wieża ze słoniowej kości.
Oczy twe jak sadzawki w Cheszbonie,
u bramy Bat-Rabbim.
Nos twój jak baszta Libanu,
spoglądająca ku Damaszkowi.
(6) Głowa twa [wznosi się] nad tobą jak Karmel,
włosy głowy twej jak królewska purpura,
splecione w warkocze.
(7) O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, umiłowana, pełna rozkoszy! "
(Pnp 7, 2-7)
Nawiasem mówiąc - strasznie musiała być piękna ta kobieta, skoro opisując ją, autor tego tekstu porównywał ją do tego, co najwspanialsze w Izraelu. Na nasze to by było coś w stylu:
"Szyja twa jak wysmukłe sosny w południowych lasach,
oczy Twe jak Czarny Staw,
w którym odbijają się najwyższe szczyty,
Nos Twój jak wysokie klify,
wznoszące się nad spienionymi falami,
Głowa twa wznosi się nad Tobą jak Tarnica,
a Twoje włosy jak połoniny w zachodzącym słońcu,
splecione w warkocze".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
