Anna - z hbr. (hannah) łaska
Za moich czasów gimnazjalnych, nie znając imienia dziewczyny, opłacało się strzelać w "Ankę" lub "Kaśkę". Zwykle się trafiało:) W liceum poszła ta tendencja jeszcze dalej: miałam w klasie 3 Anie i 3 Kasie (i 2 Asie i 2 Ale, Emilkę, Patrycję, Milenę, Magdę, Dorotę, Iwonkę, Justynę i trzy dziewczyny, których imion za Chiny ludowe nie umiem sobie przypomnieć...).
Z tym imieniem kojarzą mi się trzy postacie. Jedna to Ania z Zielonego Wzgórza, w której zaczytywałyśmy się, gdy byłyśmy małe. Okazywało się, że pewne problemy są niezmienne dla każdej epoki (odrzucenie przez przyjaciół czy utrata panowania nad sobą wobec wrednej sąsiadki), a inne bywają specyficzne (zgorszenie wywołane noszeniem prawdziwych kwiatów na kapeluszu). To był też jeden z pierwszych naszych romansów. Kto nie miał uśmiechu na twarzy, gdy Ania wreszcie zeszła się z Gilbertem? No kto? Ja muszę przyznać, że moja mama mi nieco zaspoilowała; opowiadałam jej z przejęciem przeczytaną scenę, gdzie Ania rozbiła Gilbertowi tabliczkę na głowie. Mówiłam, że pewno mimo to się polubią. A mama odpowiedziała: "Tak, a Gilbert nawet zostanie Ani mężem!" Oj, szok...
Druga postać to Anna Karenina, znana mi, wstyd mówić, tylko z filmu z Keirą (nie potrafię upolować książki:( ). Historia jest przepiękna, choć przesmutna. Też romans, ale z "ciemnej strony mocy": Anna zakochuje się z wzajemnością we Wrońskim, a jest mężatką, ma też synka. Wydaje się, że jej uczucie tylko niszczy - małżeństwo, rodzicielstwo, rodzinę, nawet jej relację z ukochanym. A jednak nie do końca...
Trzecia Anna to oczywiście święta Anna, którą spotkałam na... Górze św. Anny. Ilekroć jeździliśmy tam (stado młodzieży) braciszkowie w burych habitach nieodmiennie prowadzili nas do niej - jak do babci. Uczyli też nas (dziewczyny) króciutkiej modlitwy, którą powtarzałyśmy wielokrotnie z determinacją:
"Módl się za mnie święta Anno,
bym nie była starą panną."
Niejedna z nas, rozglądając się po pobożnych chłopakach w kościele wzdychała:
"Przyjechałam szukać męża,
a wokoło sami księża"
Na szczęście Pan Bóg wszystkich nie pozabierał:) A modlitwa działała... oj, działała. I wciąż nie jest przeterminowana.
wtorek, 30 września 2014
poniedziałek, 29 września 2014
Dziś będzie słodko
U., pamiętasz (bo ja tak), naszą rozmowę sprzed wielu, wielu miesięcy... Rozmawiałyśmy o związkach. Przecież jesteśmy kobietami i choćbyśmy zaczęły od tematów typu: chłodziarko-zamrażarki, zawsze na mężczyznach skończymy:)
Mówiłyśmy, pamiętasz, o zakochaniu, jaki to piękny czas. Ale mija. "Co potem?" - zapytałam z lekkim strachem. Bo tego się trochę bałam - co będzie, jak emocje opadną.
Przecież one kiedyś się skończą. Psychologia twierdzi (naukowe badanie zakochania:):):) zawsze wychodzą jakieś kwiatki, np. to, że obraz mózgu zakochanego jest podobny do obrazu osoby cierpiącej na ciężką psychozę), że zakochanie może trwać maximum 2 lata. Potem organizm jest już tak wyczerpany funkcjonowaniem na "wysokich obrotach", że sam z siebie zwalnia. Pary lecą jeszcze na sile rozpędu i przyzwyczajenia, po czym - kryzys. I jak tu z niego wyjść, gdy już nie ma emocji? Kiedy już nie "czuję", że na kimś mi zależy?
"Co potem?"
"A potem jest miłość"- odpowiedziałaś.
***
Uuuu... Miało być słodko, a wyszło egzystencjalnie... Zatem mały przerywnik muzyczny:
https://www.youtube.com/watch?v=WFbKiUG0YbU
"Kiedy się zakocham,
To na zawsze,
Albo nigdy się nie zakocham.
W tym niespokojnym świecie
Miłość się kończy nim się zacznie
I tak wiele pocałunków w świetle Księżyca
Wydają się zimne w cieple Słońca.
Kiedy dam me serce,
To całkowicie,
Albo nigdy go nie oddam.
I chwila kiedy poczuję,
Że czujesz to tak samo,
Będzie tą, w której zakocham się w Tobie."
***
To już ostatni post o miłości. Obiecuję. Od jutra wracam do znaczenia imion:)
Mówiłyśmy, pamiętasz, o zakochaniu, jaki to piękny czas. Ale mija. "Co potem?" - zapytałam z lekkim strachem. Bo tego się trochę bałam - co będzie, jak emocje opadną.
Przecież one kiedyś się skończą. Psychologia twierdzi (naukowe badanie zakochania:):):) zawsze wychodzą jakieś kwiatki, np. to, że obraz mózgu zakochanego jest podobny do obrazu osoby cierpiącej na ciężką psychozę), że zakochanie może trwać maximum 2 lata. Potem organizm jest już tak wyczerpany funkcjonowaniem na "wysokich obrotach", że sam z siebie zwalnia. Pary lecą jeszcze na sile rozpędu i przyzwyczajenia, po czym - kryzys. I jak tu z niego wyjść, gdy już nie ma emocji? Kiedy już nie "czuję", że na kimś mi zależy?
"Co potem?"
"A potem jest miłość"- odpowiedziałaś.
***
Uuuu... Miało być słodko, a wyszło egzystencjalnie... Zatem mały przerywnik muzyczny:
https://www.youtube.com/watch?v=WFbKiUG0YbU
"Kiedy się zakocham,
To na zawsze,
Albo nigdy się nie zakocham.
W tym niespokojnym świecie
Miłość się kończy nim się zacznie
I tak wiele pocałunków w świetle Księżyca
Wydają się zimne w cieple Słońca.
Kiedy dam me serce,
To całkowicie,
Albo nigdy go nie oddam.
I chwila kiedy poczuję,
Że czujesz to tak samo,
Będzie tą, w której zakocham się w Tobie."
***
To już ostatni post o miłości. Obiecuję. Od jutra wracam do znaczenia imion:)
niedziela, 28 września 2014
Tabu
Natchnęłaś mnie, s.P., żeby napisać o trudnych rozmowach na zakazane tematy. Są takie, które rzadko się porusza, albo robi się to z trudem. W związku. Bo każdemu życzę takich przyjaciół(ek), z którymi można swobodnie porozmawiać o WSZYSTKIM.
Ale w związku jest inaczej. Bo jak tu gadać ze swoim mężczyzną o... o... o... biegunce, kilku alkoholowych przegięciach, dyskomforcie około-okresowym, jego byłych dziewczynach, moich byłych chłopakach, wrażeniach z wizyty u teściów, planowanych metodach antykoncepcji tudzież planowania poczęć, a przy okazji chęci posiadania dzieci... o tym, że podoba(ł) Ci się ktoś inny przez chwilę... że któremuś z nas wystaje z zęba coś zielonego... że chce się rzygać, jak widzę, w co grasz na kompie, ale wiem, że tą grę uwielbiasz... o tym, że przegięliśmy ostatnio i nie podoba mi się to, co zrobiliśmy (no co? urwaliśmy się z rodzinnego obiadku)...
Uff... nawet napisać to wszystko było mi jakoś głupio...
Konkluzja? Chyba oczywista - było warto jednak porozmawiać na wyżej wymienione tematy (został mi jeszcze jeden z powyższej listy, ale J. akurat teraz zabija kolejne zombi, więc może kiedy indziej powiem mu, że się nie zachwycam:)).
Ale w związku jest inaczej. Bo jak tu gadać ze swoim mężczyzną o... o... o... biegunce, kilku alkoholowych przegięciach, dyskomforcie około-okresowym, jego byłych dziewczynach, moich byłych chłopakach, wrażeniach z wizyty u teściów, planowanych metodach antykoncepcji tudzież planowania poczęć, a przy okazji chęci posiadania dzieci... o tym, że podoba(ł) Ci się ktoś inny przez chwilę... że któremuś z nas wystaje z zęba coś zielonego... że chce się rzygać, jak widzę, w co grasz na kompie, ale wiem, że tą grę uwielbiasz... o tym, że przegięliśmy ostatnio i nie podoba mi się to, co zrobiliśmy (no co? urwaliśmy się z rodzinnego obiadku)...
Uff... nawet napisać to wszystko było mi jakoś głupio...
Konkluzja? Chyba oczywista - było warto jednak porozmawiać na wyżej wymienione tematy (został mi jeszcze jeden z powyższej listy, ale J. akurat teraz zabija kolejne zombi, więc może kiedy indziej powiem mu, że się nie zachwycam:)).
sobota, 27 września 2014
Narzeczeństwo
Są trzy do niego podejścia:
a) konsekwencja oryginalnego sposobu wyznania miłości, jakim są zaręczyny (nic się nie zmienia, poza tym, że można pokazywać koleżankom pierścionek),
b) kolejny etap w związku - byliśmy "tylko" parą, chcemy to bardziej podkreślić,
c) czas przygotowania do ślubu/wesela.
Myśląc w sposób c), wszystko się zmienia (może poza imionami narzeczonych). Że wymienię tylko kilka: relacja z rodzicami (wypadałoby poznać przyszłych teściów:)), sposoby spędzania wolnego czasu (na przygotowaniach do ślubu/wesela), tematy rozmów, podejście do siebie nawzajem (w końcu będziesz z tym gościem całe życie - nie przeraża Cię to?), co zadziwiające - relacje z przyjaciółkami.
Jako, że mam ten etap za sobą, widzę, że było trudno. Przeczytałam kiedyś, że narzeczeństwo to "czas próby" miłości, jaka łączy dwoje ludzi. Heloł! - rozdziawiły mi się wtedy usteczka - a nie jest słodko, dobrze i przyjemnie? Po zaręczynach usłyszałam kilkakrotnie od wieloletnich małżonków: "cieszcie się tym czasem, jest najpiękniejszy". Więc - jaka próba? O co kaman?
A jednak było trudno. Choćby przez przygotowania do ślubu/wesela. Bo można w nich utonąć. Skupić się tylko na tym jednym dniu, uczynić go perfekcyjnie przygotowanym, mając nadzieję, że dzięki temu - będzie piękny (a guzik prawda!). Myśmy przyjęli trochę inną perspektywę. Po pierwsze: przygotowujemy się nie do ślubu, a do małżeństwa. Po drugie: jeśli już ogarniamy ten pierwszy dzień naszej wspólnej drogi, to skupiamy się nie na weselu, a na tym, co będzie w kościele. Oj, ostro trzeba było o to walczyć. Z samą sobą, ale też:...
Rodzice, przyjaciele, znajomi, przypadkowo spotkane osoby w tramwaju. Każdy miał swoją wizję na nasz ślub/wesele. Nie powiem - niektóre były ubogacające. Wiele - sprzecznych. Niemal wszystkie - kwestionujące nasze pomysły. O ile ktoś w ogóle o nie zapytał. Nie no, ok - pytali. I kwestionowali. Moje zdolności do negocjacji i asertywność zwiększyły się przez to o ponad 100%.
A myśmy byli wrzuceni w sytuację, której nie znamy i nie ogarniamy. W końcu nie przygotowywaliśmy sobie nigdy wcześniej ślubu/wesela:) Dużo, dużo rzeczy trzeba było zrobić "pierwszy raz". Dowiedzieć się, przełamać się, spróbować, popytać. Trzeba było podejmować naprawdę odpowiedzialne decyzje.
W między czasie studiowaliśmy, pracowaliśmy, wypełnialiśmy swoje obowiązki... Dochodziły codzienne problemy, konflikty w rodzinach, relacje z przyjaciółmi.
Uczyliśmy się więc trudnych rozmów, dyskusji, kompromisu, dzielenia obowiązków. Musieliśmy troszczyć się o siebie wzajemnie, gdy już nie było sił na kolejny dzień, a przecież jeszcze tyle zostało... Obserwowaliśmy się w różnych, nowych sytuacjach. Poznawaliśmy, jak się najlepiej wspierać. I czasem nie wychodziło - kłóciliśmy się, a raczej "niedogadywali". Każde z nas walczyło z wątpliwościami, które nachodziły (mnie) aż do końca (a konkretnie do dnia ślubu, godzina 9:00 - ale to osobna historia).
Rozgadałam się... Więc generalnie - było trudno. Ale przepięknie.
Bo tak wiele się nauczyliśmy.
Bo musieliśmy pozmieniać dużo w swoim życiu. Na lepsze.
Bo poznaliśmy swoich prawdziwych przyjaciół.
Bo pomagało nam niesamowicie bardzo mega dużo osób.
Bo mieliśmy siebie - a z tym, kogo się kocha, każdy czas ma swoje piękno.
a) konsekwencja oryginalnego sposobu wyznania miłości, jakim są zaręczyny (nic się nie zmienia, poza tym, że można pokazywać koleżankom pierścionek),
b) kolejny etap w związku - byliśmy "tylko" parą, chcemy to bardziej podkreślić,
c) czas przygotowania do ślubu/wesela.
Myśląc w sposób c), wszystko się zmienia (może poza imionami narzeczonych). Że wymienię tylko kilka: relacja z rodzicami (wypadałoby poznać przyszłych teściów:)), sposoby spędzania wolnego czasu (na przygotowaniach do ślubu/wesela), tematy rozmów, podejście do siebie nawzajem (w końcu będziesz z tym gościem całe życie - nie przeraża Cię to?), co zadziwiające - relacje z przyjaciółkami.
Jako, że mam ten etap za sobą, widzę, że było trudno. Przeczytałam kiedyś, że narzeczeństwo to "czas próby" miłości, jaka łączy dwoje ludzi. Heloł! - rozdziawiły mi się wtedy usteczka - a nie jest słodko, dobrze i przyjemnie? Po zaręczynach usłyszałam kilkakrotnie od wieloletnich małżonków: "cieszcie się tym czasem, jest najpiękniejszy". Więc - jaka próba? O co kaman?
A jednak było trudno. Choćby przez przygotowania do ślubu/wesela. Bo można w nich utonąć. Skupić się tylko na tym jednym dniu, uczynić go perfekcyjnie przygotowanym, mając nadzieję, że dzięki temu - będzie piękny (a guzik prawda!). Myśmy przyjęli trochę inną perspektywę. Po pierwsze: przygotowujemy się nie do ślubu, a do małżeństwa. Po drugie: jeśli już ogarniamy ten pierwszy dzień naszej wspólnej drogi, to skupiamy się nie na weselu, a na tym, co będzie w kościele. Oj, ostro trzeba było o to walczyć. Z samą sobą, ale też:...
Rodzice, przyjaciele, znajomi, przypadkowo spotkane osoby w tramwaju. Każdy miał swoją wizję na nasz ślub/wesele. Nie powiem - niektóre były ubogacające. Wiele - sprzecznych. Niemal wszystkie - kwestionujące nasze pomysły. O ile ktoś w ogóle o nie zapytał. Nie no, ok - pytali. I kwestionowali. Moje zdolności do negocjacji i asertywność zwiększyły się przez to o ponad 100%.
A myśmy byli wrzuceni w sytuację, której nie znamy i nie ogarniamy. W końcu nie przygotowywaliśmy sobie nigdy wcześniej ślubu/wesela:) Dużo, dużo rzeczy trzeba było zrobić "pierwszy raz". Dowiedzieć się, przełamać się, spróbować, popytać. Trzeba było podejmować naprawdę odpowiedzialne decyzje.
W między czasie studiowaliśmy, pracowaliśmy, wypełnialiśmy swoje obowiązki... Dochodziły codzienne problemy, konflikty w rodzinach, relacje z przyjaciółmi.
Uczyliśmy się więc trudnych rozmów, dyskusji, kompromisu, dzielenia obowiązków. Musieliśmy troszczyć się o siebie wzajemnie, gdy już nie było sił na kolejny dzień, a przecież jeszcze tyle zostało... Obserwowaliśmy się w różnych, nowych sytuacjach. Poznawaliśmy, jak się najlepiej wspierać. I czasem nie wychodziło - kłóciliśmy się, a raczej "niedogadywali". Każde z nas walczyło z wątpliwościami, które nachodziły (mnie) aż do końca (a konkretnie do dnia ślubu, godzina 9:00 - ale to osobna historia).
Rozgadałam się... Więc generalnie - było trudno. Ale przepięknie.
Bo tak wiele się nauczyliśmy.
Bo musieliśmy pozmieniać dużo w swoim życiu. Na lepsze.
Bo poznaliśmy swoich prawdziwych przyjaciół.
Bo pomagało nam niesamowicie bardzo mega dużo osób.
Bo mieliśmy siebie - a z tym, kogo się kocha, każdy czas ma swoje piękno.
piątek, 26 września 2014
Pierwsza piosenka
Znów łamię zasadę jednego wpisu na dzień.
Jednak muszę.
Bardzo chcę.
Właściwie to chodzi o pierwszy taniec. Są dziewczyny, które mają go wybranego na wiele lat przed... zaręczynami. No ale, powiedzmy, miesiąc przed ślubem to już większość. Ja do nich nie należę. Co więcej, należę do wąskiej grupy, która wybrała swój pierwszy taniec dzień przed ślubem.
I nie sprawdziłam słów.
Dzień przed ślubem sytuacja była nieco kryzysowa.
18:00 (za 20 min. muszę wyjść). Przy komputerach A. i M. Ja z J. trochę się kłócę.
18:05 A., M. i J. zaczynają trochę żartować na temat piosenek.
18:10. Próbujemy jedną, drugą, trzecią... "Jak wy tańczycie nie do rytmu!" komentuje M.
18:15 Ze łzami w oczach mówię: "to może nie będziemy mieli pierwszego tańca..." A. i M. szybko znajdują... no właśnie to. Zatańczyliśmy z 20 s. okazało się, że dajemy radę.
Wyszło ponoć pięknie.
A dziś sprawdziłam słowa:) Jakby dla nas napisane.
http://www.tekstowo.pl/piosenka,bryan_adams,here_i_am__end_title_.html
Jednak muszę.
Bardzo chcę.
Właściwie to chodzi o pierwszy taniec. Są dziewczyny, które mają go wybranego na wiele lat przed... zaręczynami. No ale, powiedzmy, miesiąc przed ślubem to już większość. Ja do nich nie należę. Co więcej, należę do wąskiej grupy, która wybrała swój pierwszy taniec dzień przed ślubem.
I nie sprawdziłam słów.
Dzień przed ślubem sytuacja była nieco kryzysowa.
18:00 (za 20 min. muszę wyjść). Przy komputerach A. i M. Ja z J. trochę się kłócę.
18:05 A., M. i J. zaczynają trochę żartować na temat piosenek.
18:10. Próbujemy jedną, drugą, trzecią... "Jak wy tańczycie nie do rytmu!" komentuje M.
18:15 Ze łzami w oczach mówię: "to może nie będziemy mieli pierwszego tańca..." A. i M. szybko znajdują... no właśnie to. Zatańczyliśmy z 20 s. okazało się, że dajemy radę.
Wyszło ponoć pięknie.
A dziś sprawdziłam słowa:) Jakby dla nas napisane.
http://www.tekstowo.pl/piosenka,bryan_adams,here_i_am__end_title_.html
Najgorszy dzień
Zdarza się, wbrew nazwie, bardzo często. Nie, to nie dziś, bo w Najgorszym Dniu się nie pisze. Bo to złożona przyjemność. W Najgorszym Dniu nie ma miejsca na nie. Jednie można sobie coś odmóżdżającego włączyć, albo zjeść w biegu rogalika z czekoladą.
W Najgorszym Dniu trzeba wiele zrobić. A to są ważne rzeczy, albo takie, że jak się nie zrobi, to potem będzie dużo problemów. Jest się nerwowym, więc obrywają najbliżsi, którzy nie zawsze potrafią się odnaleźć.
Praca do wykonania zwykle wymaga wielu umiejętności. A do tego jest się już zmęczonym... Najgorsze dni mogą poprzedzać niewyspane noce, albo towarzyszą im lekkie przeziębienia (nie takie, żeby trzeba było się położyć, ale skutecznie utrudniające życie).
Niewiele zależy od Ciebie. Przyjaciele akurat dziś zawodzą, ludzie, z którymi współpracujesz, ewidentnie nawalają, Ci, których kochasz, irytują, jak rzadko.
W Najgorszym Dniu zwykle coś nie wychodzi. Albo idzie nie po naszej myśli.
Ważne, żeby tak się nie kłaść. Bo wtedy i następny dzień może być Najgorszy.
Jakie zatem są dobre leki na Najgorszy Dzień?
- dwie szklanki wina (pod wieczór),
- dobra kreskówka Disneya,
- wypłakanie się komuś, kto naprawdę ma czas i cierpliwość,
- bycie zamkniętym w kościele nocą, przy zgaszonym świetle...
więcej Najgorszych Dni nie pamiętam:)
W Najgorszym Dniu trzeba wiele zrobić. A to są ważne rzeczy, albo takie, że jak się nie zrobi, to potem będzie dużo problemów. Jest się nerwowym, więc obrywają najbliżsi, którzy nie zawsze potrafią się odnaleźć.
Praca do wykonania zwykle wymaga wielu umiejętności. A do tego jest się już zmęczonym... Najgorsze dni mogą poprzedzać niewyspane noce, albo towarzyszą im lekkie przeziębienia (nie takie, żeby trzeba było się położyć, ale skutecznie utrudniające życie).
Niewiele zależy od Ciebie. Przyjaciele akurat dziś zawodzą, ludzie, z którymi współpracujesz, ewidentnie nawalają, Ci, których kochasz, irytują, jak rzadko.
W Najgorszym Dniu zwykle coś nie wychodzi. Albo idzie nie po naszej myśli.
Ważne, żeby tak się nie kłaść. Bo wtedy i następny dzień może być Najgorszy.
Jakie zatem są dobre leki na Najgorszy Dzień?
- dwie szklanki wina (pod wieczór),
- dobra kreskówka Disneya,
- wypłakanie się komuś, kto naprawdę ma czas i cierpliwość,
- bycie zamkniętym w kościele nocą, przy zgaszonym świetle...
więcej Najgorszych Dni nie pamiętam:)
czwartek, 25 września 2014
pogodnie
Jak to opisać...
Proste dni, proste otoczenie. Mały, drewniany domek w górach. Cywilizacja zwykle tu jest, ale już wyjechała do swoich miast, do prac, do rodzin... Myśmy wytargali cztery dni z tego życiowego pędu. Nie mamy planu, poza jedną, centralną dnia godziną. Nie znamy tras i szlaków, którymi nam się zdarza iść. Zwykle razem, czasem osobno, wolniutko...
Pogoda wodzi nas za nos, ale spokojnie dajemy się jej zaganiać pod dachy. W kawiarenkach próbują nas oszukać na śmietanie do kawy, za to w sklepach łagodnie idą na rękę (zwłaszcza takich, gdzie się nie da płacić kartą, a towar podaje się zza lady). Więcej nie zwiedzamy.
Dwa pokoje domeczku znamy już na pamięć. Jest zaskakująco zimno. Piecyk przegrywa - słabo grzeje i nie da się do niego przytulić.
Powietrze smakuje inaczej. Smog nie zgrzyta między zębami. Jabłka z makaronem, tudzież sos z torebki wydają się być idealnym obiadem. A do tego wszystkiego - czekolada dobra na każdą porę posiłku.
Zwykle w tle leci telewizja, czasem z naszym komentarzem. Albo tylko nasze głosy. Albo cisza.
Ale dziś jeszcze to:
https://www.youtube.com/watch?v=xZ5aNS9acuY&list=PLOyOhmHPZ0VZKe_UoS37YlozHdxRYPS3H
Czego nam więcej trzeba?
Proste dni, proste otoczenie. Mały, drewniany domek w górach. Cywilizacja zwykle tu jest, ale już wyjechała do swoich miast, do prac, do rodzin... Myśmy wytargali cztery dni z tego życiowego pędu. Nie mamy planu, poza jedną, centralną dnia godziną. Nie znamy tras i szlaków, którymi nam się zdarza iść. Zwykle razem, czasem osobno, wolniutko...
Pogoda wodzi nas za nos, ale spokojnie dajemy się jej zaganiać pod dachy. W kawiarenkach próbują nas oszukać na śmietanie do kawy, za to w sklepach łagodnie idą na rękę (zwłaszcza takich, gdzie się nie da płacić kartą, a towar podaje się zza lady). Więcej nie zwiedzamy.
Dwa pokoje domeczku znamy już na pamięć. Jest zaskakująco zimno. Piecyk przegrywa - słabo grzeje i nie da się do niego przytulić.
Powietrze smakuje inaczej. Smog nie zgrzyta między zębami. Jabłka z makaronem, tudzież sos z torebki wydają się być idealnym obiadem. A do tego wszystkiego - czekolada dobra na każdą porę posiłku.
Zwykle w tle leci telewizja, czasem z naszym komentarzem. Albo tylko nasze głosy. Albo cisza.
Ale dziś jeszcze to:
https://www.youtube.com/watch?v=xZ5aNS9acuY&list=PLOyOhmHPZ0VZKe_UoS37YlozHdxRYPS3H
Czego nam więcej trzeba?
Subskrybuj:
Posty (Atom)