Magdalena - pochodząca z Magdali (miasto w Izraelu), a Magdala pochodzi od słowa migdal - twierdza, zamek, wieża.
Zwykle o wieży rozmawialiśmy w negatywnych kontekstach. Przypominałyśmy sobie wszystkie księżniczki, które tam sobie siedziały i smoki broniące wejścia. Zastanawiałyśmy się, co było budulcem ścian, kto tam tą księżniczkę zamknął, czy z własnej woli tam siedziała. Obmyślałyśmy plan, jak ją stamtąd ściągnąć...
Popatrzmy z innej strony. Ostatnio odświeżałam Quo vadis. Chodzi za mną początkowa scena, jak Ligia ucieka z domu cezara. Obecna przy tym Akte nie może zrozumieć, dlaczego dziewczyna to robi. Przecież kocha Winicjusza, to właśnie on ma ją zabrać z pałacu do swojego domu. Jasne, trochę się różnią światopoglądowo i sprowadziłoby to Ligię do roli utrzymanki (czy jak się wtedy mówiło: "nałożnicy"). No ale przecież się kochają, co nie? I wszyscy tak robią. Akte patrzy z niedowierzaniem na dziewczynę, która nieustępliwie trwa w swoich poglądach. Wydaje się jej być z innego świata. W końcu proponuje Ligii, że skłoni Winicjusza, żeby uczynił ją swoją żoną. Ale Ligia i tego nie chce. W tym momencie. Na tych warunkach.
Czasem warto wdrapać się na wieżę swoich poglądów. Zamknąć szczelnie drzwi twierdzy. Uzbroić zamek. I trwać przy swojej wizji, choćby wiele osób dobijało się do bramy i żądało zmiany Twojego adresu.
Pod warunkiem, że jednocześnie nie zamyka się uszu na rozsądne argumenty.
Pod warunkiem, że ma się jakieś wsparcie z zewnątrz, parę zaprzyjaźnionych zamków w okolicy, a najlepiej kogoś ze sobą.
Mając świadomość, że to bardzo trudna sprawa.
Ale czasem warto.
wtorek, 22 lipca 2014
Urząd Stanu Cywilnego
Najmilsza obsługa, porównując wszystkie urzędy, biura i sekretariaty, w których byłam.
Proste, rzeczowe przedstawienie oferty.
Brak ukrytych kosztów.
Bez wciskania dodatkowych propozycji, ulg, promocji, rabatów (po prostu ich nie ma:)).
Żadnych kolejek.
Gorąco polecam.
Proste, rzeczowe przedstawienie oferty.
Brak ukrytych kosztów.
Bez wciskania dodatkowych propozycji, ulg, promocji, rabatów (po prostu ich nie ma:)).
Żadnych kolejek.
Gorąco polecam.
piątek, 18 lipca 2014
poza matrixem
Hej, hej:)
nie mam internetu.
jest mi dobrze:)
***
To nie była radosna uroczystość. Z natury. W naszym kręgu kulturowym pogrzeby kojarzą się smutno. I ten też. A jednak dawał nadzieję.
Ksiądz dużo mówił o życiu. Jej życiu, ale też o tym, które dała. Było o czym opowiadać. Czworo dzieci, kilkanaście wnucząt, my - ponad 20 prawnucząt... I jeszcze wspólnota, której przewodniczyła. 66 lat przeżyte z mężem. Sąsiedzi, znajomi...
Potem ją odprowadziliśmy. Złożyliśmy na grobie czerwone róże.
Na zakończenie usłyszała: "żyj w pokoju".
nie mam internetu.
jest mi dobrze:)
***
To nie była radosna uroczystość. Z natury. W naszym kręgu kulturowym pogrzeby kojarzą się smutno. I ten też. A jednak dawał nadzieję.
Ksiądz dużo mówił o życiu. Jej życiu, ale też o tym, które dała. Było o czym opowiadać. Czworo dzieci, kilkanaście wnucząt, my - ponad 20 prawnucząt... I jeszcze wspólnota, której przewodniczyła. 66 lat przeżyte z mężem. Sąsiedzi, znajomi...
Potem ją odprowadziliśmy. Złożyliśmy na grobie czerwone róże.
Na zakończenie usłyszała: "żyj w pokoju".
środa, 9 lipca 2014
Mieszkanie
- dom1. «budynek przeznaczony na mieszkania lub zakłady pracy»2. «mieszkanie lub pomieszczenie, w którym się mieszka»3. «rodzina, domownicy; też: mieszkanie wraz z jego mieszkańcami»4. «ogół spraw związanych z rodziną i gospodarstwem»5. «ród, rodzina, dynastia»6. «miejsce, z którego ktoś pochodzi»7. «instytucja społeczna lub usługowa, mieszcząca się zwykle w oddzielnym lokalu lub budynku; też: budynek, w którym się ona znajduje»• domowy • domek, domeczek(Słownik Języka Polskiego)Dom...Anglicy mają się dobrze. Wymyślili dwa słowa na określenie tej rzeczywistości. House - jako określenie budynku, gdzie się mieszka i home... jako określenie...no właśnie czego?Takiego miejsca, gdzie czujemy się bezpiecznie, mamy trochę najważniejszych rzeczy, gdzie ktoś na nas czeka z radością i miłością. Takie miejsce, gdzie jesteśmy potrzebni i tam pasujemy. Hmm... dom. Trzy literki, a tak trudno zdefiniować.
sobota, 5 lipca 2014
Praca magisterska: level: END
A kiedy już znajdziesz odpowiednią ilość osób do badań... i odpowiednią ilość osób, by Ci pomogły znaleźć osoby do badań...
A kiedy je zaczniesz robić i okaże się, że to wygląda zupełnie inaczej, niż planowałaś, a kiedy zmodyfikujesz badania, nauczysz się słuchać i nie robić wielkich oczu, gdy ktoś opowiada takie rzeczy, że chyba tylko ktoś niewidomy tych wielkich Twoich oczu nie zauważy, a kiedy odpadnie Ci kilku badanych, a kiedy na dwa tygodnie przed oddaniem tej części pracy będziesz pluć sobie w brodę: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy już wszystkich przebadasz i zaczniesz opracowywać wyniki, a kiedy okaże się, że ta teoria, co to ją sobie wybrałaś, jest trochę bardziej skomplikowana, niż się wydawało... a nawet bardzo trochę... a kiedy siądziesz nocą nad tabelkami, mając w głowie jedynie: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy pół Twojego mieszkania idzie się dobrze bawić na (ostatnich!) juwenaliach, a Ty nie, bo: PISZESZ PRACĘ...
A kiedy już coś Ci wreszcie wyjdzie... ale zabierzesz się za interpretację... i okaże się, że:
a) ktoś już odkrył Twoje wnioski,
b) nikt nigdy nie interesował się Twoimi wnioskami, więc nie masz ram teoretycznych, by je opracować...
A kiedy do czwartej rano równasz marginesy i akapity...
A kiedy Twoja promotorka jednak nie sprawdzi pracy na czas, bo pisze grant badawczy...
A kiedy spędzisz czerwiec w kolejkach po wpisy, wypisy, recenzje, zapytanie w sekretariacie o jeden drobiazg... i dzięki temu dowiesz się co u ludzi z Twojego roku:)
A kiedy już ściągniesz ten przydługi skrypt i stwierdzisz, że przecież masz czas...
A kiedy na tydzień przed obroną okaże się, że musisz się szybko przeprowadzić, kilka przyjaciół złapie doła i trzeba ich będzie pocieszać, Twoja wspólnota akurat robi jakąś mega akcję, parę dzieci potrzebuje opieki... nocą siądziesz nad tym skryptem, myśląc tradycyjne: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy odpowiesz na setkę telefonów nt. procedury składania pracy, przebiegu egzaminu, "co to w ogóle jest ta trafność?", "jak radzisz sobie ze stresem?" ("walę głową w mur)" i wykonasz ich równie wiele...
A kiedy przyjdzie wieczór przed...
A kiedy usiądziesz pod drzwiami... i cię zawołają do środka...
A kiedy wyjdziesz...
wtulisz się w ukochane ramiona...
"już po wszystkim" pomyślisz...
stres na chwilę odejdzie, na moment wyłączy się zmęczenie, kolana przestaną drżeć,
(tylko serce, chuligan, nie chce przestać bić jak oszalałe),
poczujesz taką ulgę, radość i dziką satysfakcję,
zrozumiesz, że było warto:)
I wiecie co? Jeszcze bardzo, bardzo dziękuję. Za wszelkie wsparcie tym co wspierali:) Bez Was nie dałabym rady:)
A kiedy je zaczniesz robić i okaże się, że to wygląda zupełnie inaczej, niż planowałaś, a kiedy zmodyfikujesz badania, nauczysz się słuchać i nie robić wielkich oczu, gdy ktoś opowiada takie rzeczy, że chyba tylko ktoś niewidomy tych wielkich Twoich oczu nie zauważy, a kiedy odpadnie Ci kilku badanych, a kiedy na dwa tygodnie przed oddaniem tej części pracy będziesz pluć sobie w brodę: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy już wszystkich przebadasz i zaczniesz opracowywać wyniki, a kiedy okaże się, że ta teoria, co to ją sobie wybrałaś, jest trochę bardziej skomplikowana, niż się wydawało... a nawet bardzo trochę... a kiedy siądziesz nocą nad tabelkami, mając w głowie jedynie: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy pół Twojego mieszkania idzie się dobrze bawić na (ostatnich!) juwenaliach, a Ty nie, bo: PISZESZ PRACĘ...
A kiedy już coś Ci wreszcie wyjdzie... ale zabierzesz się za interpretację... i okaże się, że:
a) ktoś już odkrył Twoje wnioski,
b) nikt nigdy nie interesował się Twoimi wnioskami, więc nie masz ram teoretycznych, by je opracować...
A kiedy do czwartej rano równasz marginesy i akapity...
A kiedy Twoja promotorka jednak nie sprawdzi pracy na czas, bo pisze grant badawczy...
A kiedy spędzisz czerwiec w kolejkach po wpisy, wypisy, recenzje, zapytanie w sekretariacie o jeden drobiazg... i dzięki temu dowiesz się co u ludzi z Twojego roku:)
A kiedy już ściągniesz ten przydługi skrypt i stwierdzisz, że przecież masz czas...
A kiedy na tydzień przed obroną okaże się, że musisz się szybko przeprowadzić, kilka przyjaciół złapie doła i trzeba ich będzie pocieszać, Twoja wspólnota akurat robi jakąś mega akcję, parę dzieci potrzebuje opieki... nocą siądziesz nad tym skryptem, myśląc tradycyjne: "trzeba było zacząć wcześniej..."
A kiedy odpowiesz na setkę telefonów nt. procedury składania pracy, przebiegu egzaminu, "co to w ogóle jest ta trafność?", "jak radzisz sobie ze stresem?" ("walę głową w mur)" i wykonasz ich równie wiele...
A kiedy przyjdzie wieczór przed...
A kiedy usiądziesz pod drzwiami... i cię zawołają do środka...
A kiedy wyjdziesz...
wtulisz się w ukochane ramiona...
"już po wszystkim" pomyślisz...
stres na chwilę odejdzie, na moment wyłączy się zmęczenie, kolana przestaną drżeć,
(tylko serce, chuligan, nie chce przestać bić jak oszalałe),
poczujesz taką ulgę, radość i dziką satysfakcję,
zrozumiesz, że było warto:)
I wiecie co? Jeszcze bardzo, bardzo dziękuję. Za wszelkie wsparcie tym co wspierali:) Bez Was nie dałabym rady:)
czwartek, 26 czerwca 2014
wyżyny
Dzisiaj zrealizujemy powód 2. posiadania bloga:) Taki dosyć sparafrazowany cytat, który mnie wczoraj wieczorem uderzył i zwalił z nóg (na szczęście leżałam):
Ślubujemy komuś miłość do śmierci. I tak, rozumiemy to dobrze, że zobowiązujemy się kochać aż umrzemy. Ale można to jeszcze rozumieć inaczej: będę Cię kochał, choćbym miał przez to umrzeć. Innymi słowy: jeśli moje bycie z Tobą będzie takie, że mnie doprowadzi do śmierci, to zgoda. I tak będę z Tobą. Czaicie w ogóle jakie to jest wyznanie miłości?
Nie, nie czaimy:) Po raz kolejny katolicka wizja małżeństwa jest taka, że nie ogarniam:)
* (27.06)
Doszłam do wniosku, że tego typu haseł nie powinno się wyrywać z kontekstu, bo mogą być opatrznie zrozumiane. A więc:
Powyższy cytat (a właściwie parafraza cytatu) pochodzi z Pomarańczarni: cyklu wykładów (konferencji) mówionych przez dominikanina o. Szustaka. Sezon II, konferencja 27. Jakby ktoś chciał - mam, pożyczę.
Czyli: to nie są słowa papieża ani oficjalny dokument:)
Kontekst: O. Adam mówił o związku, podstawach związku. Opierał się na analizie Pieśni nad Pieśniami. Tam jest taki fragment jak opisywane są cztery zapachy, którymi charakteryzuje się ukochany/na. Tak jest wyjaśniana ich symbolika:
mirra - czyli coś, dzięki czemu składano ofiary. Oznacza to, że prawdziwa miłość jest wierna - ofiarowana tej konkretnej jednej osobie (i tu była wspomniana powyższa sprawa ze śmiercią),
cynamon - daje taki silny zapach, że żaden inny już nie pachnie. Oznacza to, że związek ma być taki, żeby chronił od zła, by ludzie się w nim wspierali, czuli bezpiecznie.
wonna trzcina - trzciną posługiwali się pisarze. Oznacza to, że w związku ma być dialog, rozmowa, otwartość na siebie nawzajem. Nawiasem mówiąc: trzcina to ok, ale co to znaczy wonna? widział ktoś kiedyś pachnącą trzcinę?
kasja - to w ogóle jest jazda:) nie wiadomo, co to za zapach. Po prostu nie przetrwał do naszych czasów:) wiadomo o nim tyle, że robiono go w jakiś niewyobrażalnie wysokich temperaturach. Trzeba było gotować jakąś substancję w bardzo, bardzo gorącym wywarze. Oznacza to, że po pierwsze: w związku musi być namiętność. Ks. z kolei Maliński mówi, że jak dwoje ludzi nic do siebie nie ciągnie, to mogą założyć spółkę biznesową albo być wspaniałymi przyjaciółmi ALE związku z nich nie będzie. Po drugie: potrzebne jest wzajemne staranie się o "temperaturę" w związku. Staranie, by nie wygasło uczucie.
A to wszystko jest połączone oliwą, czyli łagodnością. Traktowaniem drugiej osoby tak, by jej nie zranić, nie skrzywdzić.
I mówi o. Adam, że jak żadnego z tych zapachów w naszym związku nie ma - to lepiej się w niego nie pakować. Lepiej odejść.
A jak są i to wszystkie - to wspaniale:)
I w tym kontekście patrzę na początkowe zdania tego posta.
Ślubujemy komuś miłość do śmierci. I tak, rozumiemy to dobrze, że zobowiązujemy się kochać aż umrzemy. Ale można to jeszcze rozumieć inaczej: będę Cię kochał, choćbym miał przez to umrzeć. Innymi słowy: jeśli moje bycie z Tobą będzie takie, że mnie doprowadzi do śmierci, to zgoda. I tak będę z Tobą. Czaicie w ogóle jakie to jest wyznanie miłości?
Nie, nie czaimy:) Po raz kolejny katolicka wizja małżeństwa jest taka, że nie ogarniam:)
* (27.06)
Doszłam do wniosku, że tego typu haseł nie powinno się wyrywać z kontekstu, bo mogą być opatrznie zrozumiane. A więc:
Powyższy cytat (a właściwie parafraza cytatu) pochodzi z Pomarańczarni: cyklu wykładów (konferencji) mówionych przez dominikanina o. Szustaka. Sezon II, konferencja 27. Jakby ktoś chciał - mam, pożyczę.
Czyli: to nie są słowa papieża ani oficjalny dokument:)
Kontekst: O. Adam mówił o związku, podstawach związku. Opierał się na analizie Pieśni nad Pieśniami. Tam jest taki fragment jak opisywane są cztery zapachy, którymi charakteryzuje się ukochany/na. Tak jest wyjaśniana ich symbolika:
mirra - czyli coś, dzięki czemu składano ofiary. Oznacza to, że prawdziwa miłość jest wierna - ofiarowana tej konkretnej jednej osobie (i tu była wspomniana powyższa sprawa ze śmiercią),
cynamon - daje taki silny zapach, że żaden inny już nie pachnie. Oznacza to, że związek ma być taki, żeby chronił od zła, by ludzie się w nim wspierali, czuli bezpiecznie.
wonna trzcina - trzciną posługiwali się pisarze. Oznacza to, że w związku ma być dialog, rozmowa, otwartość na siebie nawzajem. Nawiasem mówiąc: trzcina to ok, ale co to znaczy wonna? widział ktoś kiedyś pachnącą trzcinę?
kasja - to w ogóle jest jazda:) nie wiadomo, co to za zapach. Po prostu nie przetrwał do naszych czasów:) wiadomo o nim tyle, że robiono go w jakiś niewyobrażalnie wysokich temperaturach. Trzeba było gotować jakąś substancję w bardzo, bardzo gorącym wywarze. Oznacza to, że po pierwsze: w związku musi być namiętność. Ks. z kolei Maliński mówi, że jak dwoje ludzi nic do siebie nie ciągnie, to mogą założyć spółkę biznesową albo być wspaniałymi przyjaciółmi ALE związku z nich nie będzie. Po drugie: potrzebne jest wzajemne staranie się o "temperaturę" w związku. Staranie, by nie wygasło uczucie.
A to wszystko jest połączone oliwą, czyli łagodnością. Traktowaniem drugiej osoby tak, by jej nie zranić, nie skrzywdzić.
I mówi o. Adam, że jak żadnego z tych zapachów w naszym związku nie ma - to lepiej się w niego nie pakować. Lepiej odejść.
A jak są i to wszystkie - to wspaniale:)
I w tym kontekście patrzę na początkowe zdania tego posta.
środa, 25 czerwca 2014
słucham
Często słyszę pytanie: po co ja w ogóle piszę tego bloga?
Myślałam, myślałam i wymyśliłam 3 powody.
1. Gdy ktoś pyta: "hej, co tam?" trudno jest odpowiedzieć: "a wiesz, zastanawiałam się, jak to jest z niepodzielnością serca" albo "nurtują mnie ostatnio kwestie pożegnań". Mówię zwykle o przygotowaniach do ślubu, pracy magisterskiej i przeprowadzce - o myślach jakoś tak głupio mówić. Więc każdy post to jest tak jakby ktoś pytał: "hej, co u Ciebie?" a ja bym odpowiedziała dosłownie, co mam na myśli:)
2. Słyszę bardzo wiele fajnych rzeczy od innych. Warto to jakoś zachować. Znam dużo ciekawych osób. Dobrze je jakoś zapamiętać.
3. Blog poprawia mi nastrój. Kiedy mam doła, ale nie megadoła, to staram się jakoś zrobić lub pomyśleć coś motywującego i to napisać. A gdy mam megadoła, to piszę, że jest mi źle i dzięki temu nie obciążam wszystkich wokół nadmiernie.
Dzisiaj spotkałam się z pewną kobietą. Mówiła bardzo mądre rzeczy, nie sprawdziła jednak, czy to, o czym mówi będzie dla mnie przydatne. Nie zapytała, czy ja już te rzeczy wiem, czy je znam. Nie interesowało ją, co o nich myślę. Wyłożyła mi tylko swoją receptę na moje życie.
Jak już mówiłam - to samo w sobie było mądre. Ale sposób, w jaki mi przekazała te pomysły, sprawił, że poczułam się taka... taka malutka, niedojrzała i głupiutka, trzeba mnie za rączkę prowadzić.
Jak już mówiłam - to samo w sobie było mądre. Ale sposób, w jaki mi przekazała te pomysły, sprawił, że poczułam się taka... taka malutka, niedojrzała i głupiutka, trzeba mnie za rączkę prowadzić.
Ok, może i nie jestem życiowym orłem. Na pewno nim nie jestem. Ale dlatego tym bardziej chcę sama iść swoją drogą. Popełniać błędy. Uczyć się na nich. Chętnie przyjmę sugestie, ale nie recepty. Chętnie z kimś pogadam, ale nie będę słuchać instrukcji.
I sama nie chcę podawać recept na życie. Jeśli tak kiedyś zrobię - upomnijcie mnie wyraźnie, proszę:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)