sobota, 21 listopada 2015

W czym szukasz oparcia?

Ostatnio wpadła mi w ręce świetna książka Dee Brestin: "Kobieca przyjaźń - prawda czy mit?" Autorka analizuje kobiece relacje z wielu różnych stron. Pokazuje, jak kształtują się od dzieciństwa, czym różnią się od relacji między chłopcami, a następnie mężczyznami. Zwraca uwagę na ich szczególną bliskość, czasem aż do przesady, ale też drugą stronę - ich niedocenianie. (Minusy książki: autorka zbyt często powtarza, że mężczyźni mają słabą prawą półkulę mózgu, ma też bardzo, bardzo radykalne poglądy w niektórych kwestiach - widać, że obraca się w dość specyficznym środowisku, ale to nie zaburza przyjemności czytania, tylko zachęca do zastanowienia :)).

I oczywiście, moja ulubiona Rut gra w tej książce pierwsze skrzypce:) Pamiętacie tą scenę, jak Noemi wraca z Moabu do Betlejem? Przypominam, że jej mąż nie żyje, jej synowie nie żyją, a ona nie ma się z czego utrzymać. Towarzyszy jej tylko Rut.

"Noemi nigdy nie przypuszczała, że pozostanie bez mężczyzn. (...) czuje się pusta i bezwartościowa bez mężczyzn w swoim życiu. "Pusta" to słowo, którego używa, gdy przybywa do Betlejem i jej stare przyjaciółki wybiegają jej na spotkanie: "Pełna wyszłam, a pustą sprowadził mnie Pan" (Rt 1,21).
Pusta! Jak bardzo musiało to boleć Rut! Kobiety z Betlejem mogły zobaczyć, że Noemi nie wróciła pusta. A wraz z upływem czasu mogły ujrzeć to, czego Noemi nie dostrzegała: że Bóg wyposażył ją w prawdziwą przyjaciółkę w postaci Rut. (...) Na końcu księgi słyszymy delikatne upomnienie, gdy kobiety z Betlejem mówią do Noemi: "Twoja synowa (...) cię kocha (...) jest dla Ciebie warta więcej niż siedmiu synów" (Rt 4,15)"(...)"

Często spotykam się z cierpieniem kobiet, które czują się samotne, bo nie są w związku. Wiem, że to bardzo, bardzo boli, bo sama tego doświadczyłam przez pewien czas. Widzę jednak, że podobnie jak Noemi, nie doceniałam kobiecej przyjaźni, którą jest mi dane przeżywać od wielu lat. Nie zaspokajała mojej tęsknoty za związkiem, ale wspaniale chroniła przed uczuciem osamotnienia i utratą własnej wartości.

"Dziś wciąż dominuje tendencja, by mężczyzn oceniać wyżej niż kobiety. I było to nawet bardziej prawdziwe w czasach Rut, ponieważ każda kobieta należała wtedy do jakiegoś mężczyzny jako żona, córka, czy niewolnica. Kiedy Noemi utraciła swoich mężczyzn, utraciła również swoją pozycję społeczną. Jednak kiedy Rut utraciła swojego mężczyznę, nie utraciła poczucia wartości swojej osoby ani nadziei, ponieważ pokładała je w Bogu. Rut wyprzedziła swoje czasy - i nasze!
W artykule o Księdze Rut Jane Titterington pisze:
" Trzeba nam przypominać, że nasza wartość jako ludzi jest czymś danym nam od Boga niezależnie od naszego stanu cywilnego. Przypisywanie nadmiernej wartości związkowi kobiety i mężczyzny tworzy raczej wypaczony obraz rodzaju ludzkiego..."

Cudne nie? Zachęcam do zacytowania babci, gdy znów usłyszysz: "A Ty kiedy przyprowadzisz chłopaka?"

Nieważne, czy jesteś w związku, masz męża, dzieci, czy nie - Twoja wartość w oczach Boga jest zawsze identyczna! To znaczy; nieskończenie wysoka. Zawsze jesteś jego ukochanym dzieckiem, a nie dopiero, jak zasłużysz, np. po 40. latach małżeństwa i urodzeniu 8. dzieci. Nie, nie o to chodzi. Po prostu to masz. Wow, chrześcijaństwo. Uwielbiam, kocham :)

wtorek, 17 listopada 2015

o nieprzyjaciołach

Odkryłam nowy hardcore level chrześcijaństwa. Możemy się czasem zastanawiać, co różni naszą religię od innych? Przecież większość z nich zaleca jakiś sposób czczenia Boga, samorozwój i tzw. "dobre" życie. Nawet niektóre ideologie i filozofie życiowe polegają na tym, by być generalnie dobrym dla ludzi i zmieniać świat na lepsze. Co więc wyróżnia chrześcijaństwo?

Wiele rzeczy :) Pisałam już o przebaczeniu. Dziś skupię się na czymś, co jest tak nad-ludzkie, że nie ma opcji, żeby w to nie wmieszać Boga; po prostu na zwykłe nasze siły się tego zrobić nie da. Mam tu na myśli miłość nieprzyjaciół, czyli kochanie tych, którzy nas skrzywdzili. Kochanie, które ma początek w przebaczeniu, ale objawiające się czynnym dobrem. Innymi słowy - bycie dobrym dla tej osoby, która ewidentnie nam zaszkodziła, zachowała się bardzo nie fair - z premedytacją.

Potraficie tak same z siebie? Ja nie. Ale to właśnie jest chrześcijaństwo - Ewangelia mówi o tym wyraźnie i wprost. Dla chrześcijan nie ma zatem pytania: "czy", spontanicznie rodzi się we mnie jednak: "no... ale... zatem jak?"

I tu trzeba uważać, bo można cholernie umoczyć sprawę. Można ustawić się w sytuacji o takiej logice: "skoro jemu/jej sprawia radość krzywdzenie mnie, to dobrym uczynkiem będzie, bym była krzywdzona dalej". Oczywiście, nikt tak wprost nie myśli! Ale co powiecie o takiej sytuacji: Matka nieustannie krytykuje córkę, nie pochwaliła żadnego jej wyboru życiowego, nie dostrzega żadnych jej osiągnięć. Córka jednak niczego w swojej sytuacji nie zmienia, tłumaczy matkę, "trudnym czasem" i "złym samopoczuciem", spędza z matką masę czasu i wyręcza ją w jej obowiązkach. Twierdzi, że na tym polega 4. przykazanie. Błagam! Na tym polega masochizm!

Jak więc kochać nieprzyjaciół? Mam różne pomysły. W Ewangelii jest napisane m.in. "błogosławcie", tzn. "dobrze życzcie". Powstrzymanie się od negatywnych komentarzy (choćby prawdziwych) to naprawdę, naprawdę wiele. A życzenie komuś szczęścia, choćby w myślach, jest kontynuacją tej postawy. Oczywiście, każdy chrześcijanin może się za swojego krzywdziciela modlić. Choćby o nawrócenie, choćby o zmianę, jeśli nie jestem w stanie prosić o błogosławieństwo.

Bo też nie zawsze jesteśmy  w stanie. Czasem ktoś tak nas skrzywdził, że nie-nienawidzenie tej osoby wymaga wiele trudu i samozaparcia. Wystarczy choć tyle! To też jest miłość.

Nie ma co udawać: pozytywna postawa wobec krzywdziciela to nieopisany trud. Trzeba sobie bardzo wiele w głowie poprzestawiać. Wybaczyć, jeśli się da. Zrezygnować z zemsty. Odpuścić naszą sprawiedliwość. Tak, to się wydaje niesprawiedliwe! Krzywdziciel nie zostanie ukarany! Niczego go ta sytuacja nie nauczy! No i tu się wkrada logika chrześcijańska, której nijak nie ogarniesz, jeśli w nią nie uwierzysz: sprawiedliwość zostawiamy Bogu. Oczywiście, przerywamy krzywdę, ratujemy pokrzywdzonego i tak dalej. Ale zemsta i nauczka są w ręku Boga. Dlaczego? Bo dążenie do zemsty niszczy człowieka.

Są też nieprzyjaciele, że tak powiem, globalni. Tak, piszę to w kontekście zamachów w Paryżu oraz prześladowań na Bliskim Wschodzie i Afryce. Świetnym sposobem na zaradzenie tej sytuacji jest właśnie modlitwa - za zamachowców, za sprawców, za terrorystów. Nie mówię, żeby im wybaczyć, bo to nie nasza rzecz - nie nasi bliscy zginęli. "Nie Twoją jest rzeczą przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie". Ale można mordercom świetnie odpłacić - wymodlić im nawrócenie i zrobić z nich dobrych ludzi. Stanowczo na to zasłużyli.


środa, 11 listopada 2015

Nie rozumiem

Dużo osób, w zasadzie większość, gdy mówię, że noszę chłopczyka, reaguje: "Moje gratulacje! Tato pewno jest dumny!" eeee... szczęśliwy - tak, bardzo. Ale z czego dumny? Ktoś wie?

środa, 4 listopada 2015

W odmiennym stanie

Jak powszechnie wiadomo, ciąża jest stanem Odmiennym. Ma to różne odsłony.

Po pierwsze, początkująca matka* zachowuje się odmiennie, co należy jej z radością wybaczać :) Towarzysz ciężarnej powinien być przygotowany co najmniej na: nadwrażliwość zapachową, objawiającą się koniecznością wynoszenia śmieci raz dziennie i mycia łazienki najrzadziej co 3. dni; nadwrażliwość smakową - typowe, znane, powszechne: "kochanie skocz mi do sklepu po słoik miodu i paluszki rybne", wypuszczanie wszystkiego z rąk (to tak mniej więcej w połowie ciąży), nagłe wybuchy płaczu z powodów irracjonalnych ("potknęłam się, więc dziecko na pewno ma uszkodzony mózg"), błahych ("mam wysypkę na całej twarzy") lub egzystencjalnych ("będę beznadziejną matką"), doły nastrojowe z tendencją do nagłego przechodzenia w histeryczną euforię (ogólnie huśtawka nastrojów), najprzyjemniejszym aspektem jest stałe poczucie bycia na lekkim haju. 

Po drugie: już o tym trochę pisałam, ale generalnie ludzkość się dostosowuje i traktuje młodą mamę inaczej. Głaskanie i dotykanie brzucha, odmawianie współudziału w najprostszych pracach ("bo się przemęczysz zbieraniem tych gałązek"), zaczynanie rozmowy od "jak się czujesz?" - to najbardziej typowe oznaki. Lubię - nie lubię - nie o to chodzi. Tak po prostu jest.

Po trzecie: świat się uwziął, żeby szkodzić niemal wszystkim. Myślałam, że dieta Dąbrowskiej jest trudna, ale nie, bo w niej chodzi tylko o jedzenie! Nikt Ci nie patrzy np. do kosmetyczki. Poniżej lista rzeczy, których powinna unikać kobieta w ciąży:
- alkoholu i wszelkich używek,
- kawy,
- herbaty,
- szałwii (generalnie wielu ziół),
- orzeszków ziemnych i innych uczulających drobiazgów,
- kurczaków,
- tuńczyków,
- wszystkiego, co wędzone,
- wszystkiego, co pleśniowe i dojrzewające,
- sushi,
- grzybów,
- sztucznych dodatków do żywności,
- tatara i innych niedogotowanych miąs,
- tego, co smażone,
- jedzenia z puszki,
- nadmiaru mąki pszennej,
- Retinolu i Accutane w kosmetykach,
- kosmetyków zbyt złożonych,
- ciężkiej chemii typu Domestos i Kret,
- depilacji woskiem,
- depilacji kremami,
- farbowania włosów,
- malowania paznokci,
- tatuaży i kolczyków w pępku,
- jazdy konnej,
- sztucznej odzieży,
- brutalnych filmów i gier,
- stresu (uniknij go w ciąży :P)
- aspiryny,
- gorących kąpieli,
- przeziębień i przeziębionych.

To tak na gorąco mi przyszło do głowy :) A najtrudniejsze jest to, że unikać w 100% należy tylko pierwszego myślnika. Reszta jest w jakimś tam stopniu dopuszczalna. Co kreuje dylematy: czy "Cif" to ciężka chemia? Czy malowanie paznokci raz w miesiącu to za dużo? Czy 4 herbaty na dzień, to nie jest czasem już szklanka kawy? Co jest bardziej sztuczne: kostka rosołowa, czy spaghetti ze słoika?

A najbardziej Odmienny jest ten mały chłopczyk w środku. Inny, niby mój, a przecież swój własny. Niby ze mnie, a tak mało wiem, jaki będzie. Teraz siedzi cichutko i słucha stukania klawiatury. Czasem da znać: "Mamo, jestem, zobacz, jak umiem kopać". Nie wie, że to przez niego całe to zamieszanie. Tam w środku, to dla niego cały świat. To my na zewnątrz jesteśmy Odmienni.


---------------------------------------
*używa się sformułowania "przyszła matka", ale ono jest po prostu śmieszne. Kobieta w ciąży przecież już ma dziecko, które wymaga niemałej opieki (wie to każda kobieta, która poi to maleństwo co pół godziny, na przemian z bieganiem do toalety - uroki początków i zapewne też końca ciąży). Jasne, to nic w porównaniu z tym, gdy dziecko jest już na zewnątrz, ale i tak "przyszła matka" do mnie nie przemawia.

czwartek, 29 października 2015

Helloween

Mój artykuł do miejscowej gazetki parafialnej :)

            „Czy przebieranie się w Helloween to grzech?” takim pytaniem mogą zaskoczyć nas nasze pociechy. Z jednej strony wraz ze zbliżającym się końcem października możemy usłyszeć przestrogi katechetów i księży (zwłaszcza egzorcystów) przed świętowaniem tego dnia. A z drugiej strony stoi nasze dziecko w niewinnym stroju duszka albo kowboja – co może być w tym groźnego?

Skąd się wzięło Halloween?
 Na początek trochę historii. Oczywiście, zwyczaj przebierania się w połowie jesieni nie ma nic wspólnego z naszą słowiańską przeszłością. Prawdopodobnie pojawił się on u ludów celtyckich. Pod koniec okresu żniw świętowano dzień boga Samhein (wg niektórych opracowań był to bóg śmierci). Ludzie wierzyli, że właśnie wtedy dusze ludzi zmarłych i jeszcze nienarodzonych wracają na ziemię. Aby nie „zamieszkały” na stałe wśród żywych, wygaszano w domu światła – by wyglądał na niegościnny. Poza tym wynoszono na zewnątrz jedzenie dla dusz i przebierano się w najgorsze ubrania.

Chrześcijańskie korzenie Halloween
Nie, to nie pomyłka. W średniowieczu również chrześcijanie praktykowali zwyczaje związane ze świętem zmarłych. Niektóre z nich mogą się wydawać nam skrajnie naiwne, jednak odpowiadały stanowi wiedzy i kulturze tamtej epoki. Wynoszono więc jedzenie na cmentarze, wierząc, że zmarli mogą się w ten sposób posilić. Zapalano ognie na rozstajnych drogach, które miały wskazywać drogę do nieba duszom zabłąkanym. Oczywiście, modlono się za zmarłych i proszono o to innych, np. żebraków, dając im w zamian hojną jałmużnę. Jak można zauważyć, zwyczaje te i praktyki miały na celu pomoc duszom, a nie ich przywoływanie. W żaden też sposób nie zwracano się do dusz uznawanych za potępione.

Współczesny show
Po okresie średniowiecza powyższe zwyczaje stopniowo zanikały. Utrwaliło się jedynie palenie świeczek – czy to na grobach, czy w oknach, w celu upamiętnienia bliskich. Pozostała również modlitwa za zmarłych. Skąd zatem wzięło się Halloween, jakie obserwujemy współcześnie w krajach anglosaskich; straszne stroje, dekorowanie domów, zbieranie cukierków?
Święto odrodziło się w takiej formie dzięki paradzie mieszkańców miasta Anoka w USA, poprzebieranych w zabawne stroje (31.10.1920 r.). Wydarzenie to zostało powtórzone w następnych latach, następnie rozprzestrzeniło się na całe terytorium Stanów Zjednoczonych i innych krajów kultury anglosaskiej.
31. października w USA mało które dziecko jest w domu. W strojach zwierzątek, bohaterów kreskówek i różnej maści potworów krążą od drzwi do drzwi, zbierając słodycze. Odwiedzają zwłaszcza te domy, które są bogato przystrojone na tą okoliczność. Często grupę przebranych maluchów nadzoruje osoba dorosła. Młodsze nastolatki chodzą już same. Starsze bawią się na specjalnie zaplanowanych na ten dzień imprezach. Dorośli również się bawią, zwykle w gronie rodzinnym, gdyż ktoś musi wręczać cukierki J

Brzydota, świat Zła i niebezpieczne zabawy
Widząc powyższy, sielski obrazek amerykańskiej prowincji, zaczynamy się zastanawiać: to właściwie co jest nie tak?
Po pierwsze: domy rzadko są przystrojone w jesienne liście i Kubusia Puchatka trzymającego dynię. „Zdobią” je potwory, kukły martwych, okaleczonych ludzi, czaszki, sztuczne groby, z których wysuwają się fragmenty ciał… Ludzie swoje domy po prostu oszpecają. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Po drugie: wśród przebrań dziecięcych oczywiście można znaleźć zwierzątka i królewny, ale niestety, dzieci przebierają się też za postacie demoniczne. Z diabłami i demonami najmłodsi nie powinni się identyfikować w żaden sposób!
Po trzecie: Halloween często towarzyszą zabawy, które mogą być potencjalnie niebezpieczne. Włoski publicysta, Carlo Climati (autor analiz i podręczników na temat dzieci i młodzieży) pisze, że zabawy te lansują „błędne pojęcie fantazji, zbliżając młodych ludzi do okultyzmu, magii i zabobonów”. Np. podczas wróżb – kogo dziecko pyta o swoją przyszłość? Przecież nie Pana Boga. Ale idźmy krok dalej: może nie w szkole, ale na prywatnych imprezach dochodzi do wywoływania duchów. A to już praktyka bardzo niebezpieczna. Egzorcyści jednym głosem twierdzą, że otwiera ona szeroko drzwi na działanie złych duchów w naszym życiu.

Kto jeszcze „świętuje”?
Niestety, Halloween przypadło do gustu grupom, z którym chrześcijanie nie powinni mieć nic wspólnego. To neopoganie (np. ruch Wicca; związany z czczeniem pogańskich bóstw) i sataniści. Osoby, którym udało się opuścić krąg wyznawców satanizmu, w licznych świadectwach potwierdzają, że Halloween to czas odrażających rytuałów, m.in. składania ofiar (nie tylko ze zwierząt). 
Nie dziwi zatem fakt, że w okolicach 31. października notuje się wzmożoną aktywność sekt. Rekrutowanie nowych członków przychodzi tym łatwiej, że klimat powstający wokół Halloween „oswaja” ze złem, ciemnością i śmiercią. Dlatego też egzorcyści (m.in. ks. Jan Kaczmarek, ks. Sławomir Płusa, również Dominikański Ośrodek Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach) ostrzegają przed świętowaniem tego dnia w „amerykański” sposób. Na szczęście możemy rozważyć alternatywną propozycję. Oczywiście, nie jest to zamknięcie domu na cztery spusty i wyrzucenie dyni przez okno.

Świętych obcowanie
Jedną z podstawowych prawd wiary chrześcijan, wyznawaną co niedzielę na mszy św., jest „świętych obcowanie”. Wierzymy, że wśród nas w jakiś sposób przebywają osoby zmarłe, już zbawione. Zdarza się, że mamy szczególne nabożeństwo do któregoś świętego; modlimy się za jego wstawiennictwem, doświadczamy jego pomocy w różnych sprawach. Czasem takim pośrednikiem z niebem jest nasz jakiś zmarły członek rodziny.
Czy nie lepiej koncentrować się na duszach zbawionych, czyli osobach nam bliskich, towarzyszących w codziennym życiu, zamiast na duszach potępionych i pozostałej brzydocie komercyjnych gadżetów?

Święty uśmiechnięty
Od kilku lat słyszymy o nowej inicjatywie, czyli pochodach świętych. Dzieci przebierają się wtedy za swoich patronów lub ulubionych świętych (wbrew pozorom, nie musi to być pochód małych księży i zakonnic – wystarczy poszukać, np. bł.  Piotra Frassatti często można było spotkać w górach, w stroju narciarza, a św. Bernard z Corleone był sycylijskim mistrzem szpady). Takim korowodom mogą towarzyszyć bale, zabawy, poczęstunki (zamiast zbierania słodyczy po domach). Warto zaproponować taką inicjatywę w szkole.
Z kolei w Katolickiej Szkole Podstawowej im. św. Jadwigi, działającej przy naszej parafii, pod koniec października odbywa się „Dzień Patronów Klasowych”. W zeszłym roku wydarzeniu temu towarzyszyło spotkanie z gościem oraz konkursy: wiedzy i plastyczny. Dzieci uczestniczyły też we mszy św.
A my, dorośli? Nie zapominajmy o kultywowaniu zwyczaju, którego korzenie sięgają wczesnego chrześcijaństwa na naszych ziemiach - zapalmy świeczki na grobach bliskich i pomódlmy się, by szybko dołączyli do korowodu świętych w niebie.



wtorek, 27 października 2015

Gdy nie ma dokąd wracać

Pytam się jej, jakie ma plany na Boże Narodzenie; pewno wraca do domu, prawda? "Wiesz, po co mam przyjeżdżać? Żeby zjeść kolację, podczas której nawet się nie rozmawia i obejrzeć prezenty?"

Nie ma idealnych rodzin. Problemy bywają małe i duże, krótkie i ciągnące się latami. Wchodząc w dorosłość wyrzucamy z głowy te oczekiwania, żeby wszyscy członkowie rodziny zawsze się do siebie uśmiechali, rozumieli się i spędzali razem ogromną ilość czasu. Rzeczywistość jest inna, ale przecież nieporozumienia i trudności losowe nie muszą zaraz sprawiać, że rodzina jest do kitu. Przeciwnie, przejściowe kłopoty mogą ją umocnić.

Ale nie muszą. W imię tradycji, zwyczaju albo "bo co ludzie powiedzą" trzeba zajrzeć do domu na Święta.Co jednak gdy dom już nie jest domem, ale hotelem, przechowalnią, terenem wojny, lodówką - bo wieje chłodem od najbliższych? Czy trzeba tam bywać? W hierarchii wartości zdrowie psychiczne jest chyba wyżej niż tradycja.

Trudne to wszystko i bardzo mi smutno, gdy słyszę, że niektórzy się nad powrotem do domu na Święta zastanawiają. Ale może czasem warto wstrząsnąć system i nie pojechać. Raczej czasem. Raczej, gdy dom już nie jest domem w żadnym calu. Raczej, gdy się zrobiło już bardzo wiele, żeby sytuację poprawić i zero odzewu.

Tylko, tak sobie myślę, wtedy warto wziąć się na odwagę i powiedzieć, dlaczego się nie przyjeżdża. Nie, że praca, nie, że drogie bilety... Nie, po prostu... bo nie ma dokąd przyjechać. Czasem trzeba zranić, żeby było dobrze.

Oooch... i znajdź sobie wtedy jakiś miły kąt na Święta. Proszę, nie bądź sama.

poniedziałek, 26 października 2015

Franio dokazuje

Na początku łatwo go było pomylić z bąbelkami w brzuchu. Myślałam, czy to Ono, czy może moje jelita :) Ale później te "bąbelki" przybrały nieco na sile i częstotliwości i już nie wątpiłam, że to ktoś ze środka zaczyna się z nami komunikować.
Trudno było się z nim dogadać. Nie reagował na słowa, ani na dotyk, jedynie na porę - późny wieczór, taka spokojna, półświadoma chwila tuż przed zaśnięciem...i nagle: stuk-stuk ze środka. I znów stuk-stuk. No weź tu śpij :)

Ono dużo wyczuwa. Są miejsca, gdzie rusza się szczęśliwie i intensywnie. Zwykle to te, gdzie bywał często i od początku, np. tramwaj :) Lubi też głos niektórych osób. Stuka wtedy intensywnie, jakby chciał powiedzieć: "hej! hej! Jestem!"
Uwielbia komentować czyjeś wypowiedzi. Np. jakiś polityk się wymądrza w telewizji i rzuca hasło typu: "wszyscy zginiemy, jak to a to się stanie". Kropka. Albo wykrzyknik. I Franio wtedy: stuk-stuk ze środka. Nie wiem jeszcze, co jest zgodą, a co zaprzeczeniem, ale nie można mu odmówić komentarza.
Franiowi jest dobrze, jak ktoś się modli. Po czym poznaję? W moim brzuchu robi się "luźniej". Przez większość czasu mam wrażenie takiego napięcia: nie tylko skóra, pal sześć skórę, wszystko w środku jest naciągnięte, mam wrażenie, do granic, a to dopiero połowa ciąży. To nie boli, szybko się do tego przyzwyczaiłam, ale wrażenie napięcia jest. W kościele, albo jak ktoś się modli, to czuję, że mój brzuch się rozluźnia. Ruchy Frania są spokojniejsze, albo nie czuję ich wcale. A czasem robi się leciutki, bardzo leciutki.
Czego Franciszek nie lubi? Generalnie wszystkiego, co szybkie. Nagłej zmiany pozycji, nagłego ruchu, szybkiego chodzenia, wstrząsów. Czuję wtedy, jak opada ciężko w dół mojego brzucha. Tak jakby przesuwała się w nim wielka kluska. To taka delikatna sugestia: "spokojnie mamo".

Dogadujemy się z każdym dniem coraz bardziej. Co prawda nasze plany dnia są cudownie niedopasowane - gdy ja chodzę, on śpi, gdy ja śpię - on urządza występ cyrkowy. Czasem "odstukuje" na moje stukanie od zewnątrz. Uspokaja się, gdy rytmicznie i spokojnie głaskam brzuch przez dłuższą chwilę. I już nie boi się ręki swojego Taty. A czasem fika koziołki.