środa, 11 listopada 2015
Nie rozumiem
Dużo osób, w zasadzie większość, gdy mówię, że noszę chłopczyka, reaguje: "Moje gratulacje! Tato pewno jest dumny!" eeee... szczęśliwy - tak, bardzo. Ale z czego dumny? Ktoś wie?
środa, 4 listopada 2015
W odmiennym stanie
Jak powszechnie wiadomo, ciąża jest stanem Odmiennym. Ma to różne odsłony.
Po pierwsze, początkująca matka* zachowuje się odmiennie, co należy jej z radością wybaczać :) Towarzysz ciężarnej powinien być przygotowany co najmniej na: nadwrażliwość zapachową, objawiającą się koniecznością wynoszenia śmieci raz dziennie i mycia łazienki najrzadziej co 3. dni; nadwrażliwość smakową - typowe, znane, powszechne: "kochanie skocz mi do sklepu po słoik miodu i paluszki rybne", wypuszczanie wszystkiego z rąk (to tak mniej więcej w połowie ciąży), nagłe wybuchy płaczu z powodów irracjonalnych ("potknęłam się, więc dziecko na pewno ma uszkodzony mózg"), błahych ("mam wysypkę na całej twarzy") lub egzystencjalnych ("będę beznadziejną matką"), doły nastrojowe z tendencją do nagłego przechodzenia w histeryczną euforię (ogólnie huśtawka nastrojów), najprzyjemniejszym aspektem jest stałe poczucie bycia na lekkim haju.
Po drugie: już o tym trochę pisałam, ale generalnie ludzkość się dostosowuje i traktuje młodą mamę inaczej. Głaskanie i dotykanie brzucha, odmawianie współudziału w najprostszych pracach ("bo się przemęczysz zbieraniem tych gałązek"), zaczynanie rozmowy od "jak się czujesz?" - to najbardziej typowe oznaki. Lubię - nie lubię - nie o to chodzi. Tak po prostu jest.
Po trzecie: świat się uwziął, żeby szkodzić niemal wszystkim. Myślałam, że dieta Dąbrowskiej jest trudna, ale nie, bo w niej chodzi tylko o jedzenie! Nikt Ci nie patrzy np. do kosmetyczki. Poniżej lista rzeczy, których powinna unikać kobieta w ciąży:
- alkoholu i wszelkich używek,
- kawy,
- herbaty,
- szałwii (generalnie wielu ziół),
- orzeszków ziemnych i innych uczulających drobiazgów,
- kurczaków,
- tuńczyków,
- wszystkiego, co wędzone,
- wszystkiego, co pleśniowe i dojrzewające,
- sushi,
- grzybów,
- sztucznych dodatków do żywności,
- tatara i innych niedogotowanych miąs,
- tego, co smażone,
- jedzenia z puszki,
- nadmiaru mąki pszennej,
- Retinolu i Accutane w kosmetykach,
- kosmetyków zbyt złożonych,
- ciężkiej chemii typu Domestos i Kret,
- depilacji woskiem,
- depilacji kremami,
- farbowania włosów,
- malowania paznokci,
- tatuaży i kolczyków w pępku,
- jazdy konnej,
- sztucznej odzieży,
- brutalnych filmów i gier,
- stresu (uniknij go w ciąży :P)
- aspiryny,
- gorących kąpieli,
- przeziębień i przeziębionych.
To tak na gorąco mi przyszło do głowy :) A najtrudniejsze jest to, że unikać w 100% należy tylko pierwszego myślnika. Reszta jest w jakimś tam stopniu dopuszczalna. Co kreuje dylematy: czy "Cif" to ciężka chemia? Czy malowanie paznokci raz w miesiącu to za dużo? Czy 4 herbaty na dzień, to nie jest czasem już szklanka kawy? Co jest bardziej sztuczne: kostka rosołowa, czy spaghetti ze słoika?
A najbardziej Odmienny jest ten mały chłopczyk w środku. Inny, niby mój, a przecież swój własny. Niby ze mnie, a tak mało wiem, jaki będzie. Teraz siedzi cichutko i słucha stukania klawiatury. Czasem da znać: "Mamo, jestem, zobacz, jak umiem kopać". Nie wie, że to przez niego całe to zamieszanie. Tam w środku, to dla niego cały świat. To my na zewnątrz jesteśmy Odmienni.
---------------------------------------
*używa się sformułowania "przyszła matka", ale ono jest po prostu śmieszne. Kobieta w ciąży przecież już ma dziecko, które wymaga niemałej opieki (wie to każda kobieta, która poi to maleństwo co pół godziny, na przemian z bieganiem do toalety - uroki początków i zapewne też końca ciąży). Jasne, to nic w porównaniu z tym, gdy dziecko jest już na zewnątrz, ale i tak "przyszła matka" do mnie nie przemawia.
Po pierwsze, początkująca matka* zachowuje się odmiennie, co należy jej z radością wybaczać :) Towarzysz ciężarnej powinien być przygotowany co najmniej na: nadwrażliwość zapachową, objawiającą się koniecznością wynoszenia śmieci raz dziennie i mycia łazienki najrzadziej co 3. dni; nadwrażliwość smakową - typowe, znane, powszechne: "kochanie skocz mi do sklepu po słoik miodu i paluszki rybne", wypuszczanie wszystkiego z rąk (to tak mniej więcej w połowie ciąży), nagłe wybuchy płaczu z powodów irracjonalnych ("potknęłam się, więc dziecko na pewno ma uszkodzony mózg"), błahych ("mam wysypkę na całej twarzy") lub egzystencjalnych ("będę beznadziejną matką"), doły nastrojowe z tendencją do nagłego przechodzenia w histeryczną euforię (ogólnie huśtawka nastrojów), najprzyjemniejszym aspektem jest stałe poczucie bycia na lekkim haju.
Po drugie: już o tym trochę pisałam, ale generalnie ludzkość się dostosowuje i traktuje młodą mamę inaczej. Głaskanie i dotykanie brzucha, odmawianie współudziału w najprostszych pracach ("bo się przemęczysz zbieraniem tych gałązek"), zaczynanie rozmowy od "jak się czujesz?" - to najbardziej typowe oznaki. Lubię - nie lubię - nie o to chodzi. Tak po prostu jest.
Po trzecie: świat się uwziął, żeby szkodzić niemal wszystkim. Myślałam, że dieta Dąbrowskiej jest trudna, ale nie, bo w niej chodzi tylko o jedzenie! Nikt Ci nie patrzy np. do kosmetyczki. Poniżej lista rzeczy, których powinna unikać kobieta w ciąży:
- alkoholu i wszelkich używek,
- kawy,
- herbaty,
- szałwii (generalnie wielu ziół),
- orzeszków ziemnych i innych uczulających drobiazgów,
- kurczaków,
- tuńczyków,
- wszystkiego, co wędzone,
- wszystkiego, co pleśniowe i dojrzewające,
- sushi,
- grzybów,
- sztucznych dodatków do żywności,
- tatara i innych niedogotowanych miąs,
- tego, co smażone,
- jedzenia z puszki,
- nadmiaru mąki pszennej,
- Retinolu i Accutane w kosmetykach,
- kosmetyków zbyt złożonych,
- ciężkiej chemii typu Domestos i Kret,
- depilacji woskiem,
- depilacji kremami,
- farbowania włosów,
- malowania paznokci,
- tatuaży i kolczyków w pępku,
- jazdy konnej,
- sztucznej odzieży,
- brutalnych filmów i gier,
- stresu (uniknij go w ciąży :P)
- aspiryny,
- gorących kąpieli,
- przeziębień i przeziębionych.
To tak na gorąco mi przyszło do głowy :) A najtrudniejsze jest to, że unikać w 100% należy tylko pierwszego myślnika. Reszta jest w jakimś tam stopniu dopuszczalna. Co kreuje dylematy: czy "Cif" to ciężka chemia? Czy malowanie paznokci raz w miesiącu to za dużo? Czy 4 herbaty na dzień, to nie jest czasem już szklanka kawy? Co jest bardziej sztuczne: kostka rosołowa, czy spaghetti ze słoika?
A najbardziej Odmienny jest ten mały chłopczyk w środku. Inny, niby mój, a przecież swój własny. Niby ze mnie, a tak mało wiem, jaki będzie. Teraz siedzi cichutko i słucha stukania klawiatury. Czasem da znać: "Mamo, jestem, zobacz, jak umiem kopać". Nie wie, że to przez niego całe to zamieszanie. Tam w środku, to dla niego cały świat. To my na zewnątrz jesteśmy Odmienni.
---------------------------------------
*używa się sformułowania "przyszła matka", ale ono jest po prostu śmieszne. Kobieta w ciąży przecież już ma dziecko, które wymaga niemałej opieki (wie to każda kobieta, która poi to maleństwo co pół godziny, na przemian z bieganiem do toalety - uroki początków i zapewne też końca ciąży). Jasne, to nic w porównaniu z tym, gdy dziecko jest już na zewnątrz, ale i tak "przyszła matka" do mnie nie przemawia.
czwartek, 29 października 2015
Helloween
Mój artykuł do miejscowej gazetki parafialnej :)
„Czy
przebieranie się w Helloween to grzech?” takim pytaniem mogą zaskoczyć nas
nasze pociechy. Z jednej strony wraz ze zbliżającym się końcem października
możemy usłyszeć przestrogi katechetów i księży (zwłaszcza egzorcystów) przed
świętowaniem tego dnia. A z drugiej strony stoi nasze dziecko w niewinnym
stroju duszka albo kowboja – co może być w tym groźnego?
Skąd się wzięło
Halloween?
Na początek trochę historii. Oczywiście,
zwyczaj przebierania się w połowie jesieni nie ma nic wspólnego z naszą słowiańską
przeszłością. Prawdopodobnie pojawił się on u ludów celtyckich. Pod koniec okresu żniw świętowano dzień boga
Samhein (wg niektórych opracowań był to bóg śmierci). Ludzie wierzyli, że
właśnie wtedy dusze ludzi zmarłych i jeszcze nienarodzonych wracają na ziemię.
Aby nie „zamieszkały” na stałe wśród żywych, wygaszano w domu światła – by
wyglądał na niegościnny. Poza tym wynoszono na zewnątrz jedzenie dla dusz i przebierano się w najgorsze ubrania.
Chrześcijańskie
korzenie Halloween
Nie, to nie pomyłka. W
średniowieczu również chrześcijanie praktykowali zwyczaje związane ze świętem
zmarłych. Niektóre z nich mogą się wydawać nam skrajnie naiwne, jednak
odpowiadały stanowi wiedzy i kulturze tamtej epoki. Wynoszono więc jedzenie na
cmentarze, wierząc, że zmarli mogą się w ten sposób posilić. Zapalano ognie na
rozstajnych drogach, które miały wskazywać drogę do nieba duszom zabłąkanym.
Oczywiście, modlono się za zmarłych i proszono o to innych, np. żebraków, dając
im w zamian hojną jałmużnę. Jak można zauważyć, zwyczaje te i praktyki miały na
celu pomoc duszom, a nie ich przywoływanie. W żaden też sposób nie
zwracano się do dusz uznawanych za potępione.
Współczesny show
Po okresie średniowiecza powyższe
zwyczaje stopniowo zanikały. Utrwaliło się jedynie palenie świeczek – czy to na
grobach, czy w oknach, w celu upamiętnienia bliskich. Pozostała również
modlitwa za zmarłych. Skąd zatem wzięło się Halloween, jakie obserwujemy współcześnie
w krajach anglosaskich; straszne stroje, dekorowanie domów, zbieranie cukierków?
Święto odrodziło się w takiej
formie dzięki paradzie mieszkańców miasta Anoka w USA, poprzebieranych w
zabawne stroje (31.10.1920 r.). Wydarzenie to zostało powtórzone w następnych
latach, następnie rozprzestrzeniło się na całe terytorium Stanów Zjednoczonych
i innych krajów kultury anglosaskiej.
31. października w USA mało które
dziecko jest w domu. W strojach zwierzątek, bohaterów kreskówek i różnej maści
potworów krążą od drzwi do drzwi, zbierając słodycze. Odwiedzają zwłaszcza te
domy, które są bogato przystrojone na tą okoliczność. Często grupę przebranych
maluchów nadzoruje osoba dorosła. Młodsze nastolatki chodzą już same. Starsze
bawią się na specjalnie zaplanowanych na ten dzień imprezach. Dorośli również
się bawią, zwykle w gronie rodzinnym, gdyż ktoś musi wręczać cukierki J
Brzydota, świat Zła i
niebezpieczne zabawy
Widząc powyższy, sielski obrazek
amerykańskiej prowincji, zaczynamy się zastanawiać: to właściwie co jest nie
tak?
Po pierwsze: domy rzadko są
przystrojone w jesienne liście i Kubusia Puchatka trzymającego dynię. „Zdobią”
je potwory, kukły martwych, okaleczonych ludzi, czaszki, sztuczne groby, z
których wysuwają się fragmenty ciał… Ludzie swoje domy po prostu oszpecają. Nie
wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Po drugie: wśród przebrań
dziecięcych oczywiście można znaleźć zwierzątka i królewny, ale niestety,
dzieci przebierają się też za postacie demoniczne. Z diabłami i demonami
najmłodsi nie powinni się identyfikować w żaden sposób!
Po trzecie: Halloween często
towarzyszą zabawy, które mogą być potencjalnie niebezpieczne. Włoski
publicysta, Carlo Climati (autor
analiz i podręczników na temat dzieci i młodzieży) pisze, że zabawy te lansują „błędne
pojęcie fantazji, zbliżając młodych ludzi do okultyzmu, magii i zabobonów”.
Np. podczas wróżb – kogo dziecko pyta o swoją przyszłość? Przecież nie Pana
Boga. Ale idźmy krok dalej: może nie w szkole, ale na prywatnych imprezach
dochodzi do wywoływania duchów. A to już praktyka bardzo niebezpieczna. Egzorcyści
jednym głosem twierdzą, że otwiera ona szeroko drzwi na działanie złych duchów
w naszym życiu.
Kto jeszcze
„świętuje”?
Niestety, Halloween przypadło do
gustu grupom, z którym chrześcijanie nie powinni mieć nic wspólnego. To
neopoganie (np. ruch Wicca; związany z czczeniem pogańskich bóstw) i sataniści.
Osoby, którym udało się opuścić krąg wyznawców satanizmu, w licznych
świadectwach potwierdzają, że Halloween to czas odrażających rytuałów, m.in.
składania ofiar (nie tylko ze zwierząt).
Nie dziwi zatem fakt, że w
okolicach 31. października notuje się wzmożoną aktywność sekt. Rekrutowanie
nowych członków przychodzi tym łatwiej, że klimat powstający wokół Halloween
„oswaja” ze złem, ciemnością i śmiercią. Dlatego też egzorcyści (m.in. ks. Jan
Kaczmarek, ks. Sławomir Płusa, również Dominikański Ośrodek Informacji o Nowych
Ruchach Religijnych i Sektach) ostrzegają przed świętowaniem tego dnia w
„amerykański” sposób. Na szczęście możemy rozważyć alternatywną propozycję.
Oczywiście, nie jest to zamknięcie domu na cztery spusty i wyrzucenie dyni
przez okno.
Świętych obcowanie
Jedną z podstawowych prawd wiary
chrześcijan, wyznawaną co niedzielę na mszy św., jest „świętych obcowanie”.
Wierzymy, że wśród nas w jakiś sposób przebywają osoby zmarłe, już zbawione.
Zdarza się, że mamy szczególne nabożeństwo do któregoś świętego; modlimy się za
jego wstawiennictwem, doświadczamy jego pomocy w różnych sprawach. Czasem takim
pośrednikiem z niebem jest nasz jakiś zmarły członek rodziny.
Czy nie lepiej koncentrować się
na duszach zbawionych, czyli osobach nam bliskich, towarzyszących w codziennym
życiu, zamiast na duszach potępionych i pozostałej brzydocie komercyjnych
gadżetów?
Święty uśmiechnięty
Od kilku lat słyszymy o nowej
inicjatywie, czyli pochodach świętych. Dzieci
przebierają się wtedy za swoich patronów lub ulubionych świętych (wbrew
pozorom, nie musi to być pochód małych księży i zakonnic – wystarczy poszukać,
np. bł. Piotra Frassatti często można
było spotkać w górach, w stroju narciarza, a św. Bernard z Corleone był
sycylijskim mistrzem szpady). Takim korowodom mogą towarzyszyć bale, zabawy, poczęstunki
(zamiast zbierania słodyczy po domach). Warto zaproponować taką inicjatywę w
szkole.
Z kolei w Katolickiej Szkole
Podstawowej im. św. Jadwigi, działającej przy naszej parafii, pod koniec
października odbywa się „Dzień Patronów Klasowych”. W zeszłym roku wydarzeniu
temu towarzyszyło spotkanie z gościem oraz konkursy: wiedzy i plastyczny.
Dzieci uczestniczyły też we mszy św.
A my, dorośli? Nie zapominajmy o
kultywowaniu zwyczaju, którego korzenie sięgają wczesnego chrześcijaństwa na
naszych ziemiach - zapalmy świeczki na grobach bliskich i pomódlmy się, by
szybko dołączyli do korowodu świętych w niebie.
wtorek, 27 października 2015
Gdy nie ma dokąd wracać
Pytam się jej, jakie ma plany na Boże Narodzenie; pewno wraca do domu, prawda? "Wiesz, po co mam przyjeżdżać? Żeby zjeść kolację, podczas której nawet się nie rozmawia i obejrzeć prezenty?"
Nie ma idealnych rodzin. Problemy bywają małe i duże, krótkie i ciągnące się latami. Wchodząc w dorosłość wyrzucamy z głowy te oczekiwania, żeby wszyscy członkowie rodziny zawsze się do siebie uśmiechali, rozumieli się i spędzali razem ogromną ilość czasu. Rzeczywistość jest inna, ale przecież nieporozumienia i trudności losowe nie muszą zaraz sprawiać, że rodzina jest do kitu. Przeciwnie, przejściowe kłopoty mogą ją umocnić.
Ale nie muszą. W imię tradycji, zwyczaju albo "bo co ludzie powiedzą" trzeba zajrzeć do domu na Święta.Co jednak gdy dom już nie jest domem, ale hotelem, przechowalnią, terenem wojny, lodówką - bo wieje chłodem od najbliższych? Czy trzeba tam bywać? W hierarchii wartości zdrowie psychiczne jest chyba wyżej niż tradycja.
Trudne to wszystko i bardzo mi smutno, gdy słyszę, że niektórzy się nad powrotem do domu na Święta zastanawiają. Ale może czasem warto wstrząsnąć system i nie pojechać. Raczej czasem. Raczej, gdy dom już nie jest domem w żadnym calu. Raczej, gdy się zrobiło już bardzo wiele, żeby sytuację poprawić i zero odzewu.
Tylko, tak sobie myślę, wtedy warto wziąć się na odwagę i powiedzieć, dlaczego się nie przyjeżdża. Nie, że praca, nie, że drogie bilety... Nie, po prostu... bo nie ma dokąd przyjechać. Czasem trzeba zranić, żeby było dobrze.
Oooch... i znajdź sobie wtedy jakiś miły kąt na Święta. Proszę, nie bądź sama.
Nie ma idealnych rodzin. Problemy bywają małe i duże, krótkie i ciągnące się latami. Wchodząc w dorosłość wyrzucamy z głowy te oczekiwania, żeby wszyscy członkowie rodziny zawsze się do siebie uśmiechali, rozumieli się i spędzali razem ogromną ilość czasu. Rzeczywistość jest inna, ale przecież nieporozumienia i trudności losowe nie muszą zaraz sprawiać, że rodzina jest do kitu. Przeciwnie, przejściowe kłopoty mogą ją umocnić.
Ale nie muszą. W imię tradycji, zwyczaju albo "bo co ludzie powiedzą" trzeba zajrzeć do domu na Święta.Co jednak gdy dom już nie jest domem, ale hotelem, przechowalnią, terenem wojny, lodówką - bo wieje chłodem od najbliższych? Czy trzeba tam bywać? W hierarchii wartości zdrowie psychiczne jest chyba wyżej niż tradycja.
Trudne to wszystko i bardzo mi smutno, gdy słyszę, że niektórzy się nad powrotem do domu na Święta zastanawiają. Ale może czasem warto wstrząsnąć system i nie pojechać. Raczej czasem. Raczej, gdy dom już nie jest domem w żadnym calu. Raczej, gdy się zrobiło już bardzo wiele, żeby sytuację poprawić i zero odzewu.
Tylko, tak sobie myślę, wtedy warto wziąć się na odwagę i powiedzieć, dlaczego się nie przyjeżdża. Nie, że praca, nie, że drogie bilety... Nie, po prostu... bo nie ma dokąd przyjechać. Czasem trzeba zranić, żeby było dobrze.
Oooch... i znajdź sobie wtedy jakiś miły kąt na Święta. Proszę, nie bądź sama.
poniedziałek, 26 października 2015
Franio dokazuje
Na początku łatwo go było pomylić z bąbelkami w brzuchu. Myślałam, czy to Ono, czy może moje jelita :) Ale później te "bąbelki" przybrały nieco na sile i częstotliwości i już nie wątpiłam, że to ktoś ze środka zaczyna się z nami komunikować.
Trudno było się z nim dogadać. Nie reagował na słowa, ani na dotyk, jedynie na porę - późny wieczór, taka spokojna, półświadoma chwila tuż przed zaśnięciem...i nagle: stuk-stuk ze środka. I znów stuk-stuk. No weź tu śpij :)
Ono dużo wyczuwa. Są miejsca, gdzie rusza się szczęśliwie i intensywnie. Zwykle to te, gdzie bywał często i od początku, np. tramwaj :) Lubi też głos niektórych osób. Stuka wtedy intensywnie, jakby chciał powiedzieć: "hej! hej! Jestem!"
Uwielbia komentować czyjeś wypowiedzi. Np. jakiś polityk się wymądrza w telewizji i rzuca hasło typu: "wszyscy zginiemy, jak to a to się stanie". Kropka. Albo wykrzyknik. I Franio wtedy: stuk-stuk ze środka. Nie wiem jeszcze, co jest zgodą, a co zaprzeczeniem, ale nie można mu odmówić komentarza.
Franiowi jest dobrze, jak ktoś się modli. Po czym poznaję? W moim brzuchu robi się "luźniej". Przez większość czasu mam wrażenie takiego napięcia: nie tylko skóra, pal sześć skórę, wszystko w środku jest naciągnięte, mam wrażenie, do granic, a to dopiero połowa ciąży. To nie boli, szybko się do tego przyzwyczaiłam, ale wrażenie napięcia jest. W kościele, albo jak ktoś się modli, to czuję, że mój brzuch się rozluźnia. Ruchy Frania są spokojniejsze, albo nie czuję ich wcale. A czasem robi się leciutki, bardzo leciutki.
Czego Franciszek nie lubi? Generalnie wszystkiego, co szybkie. Nagłej zmiany pozycji, nagłego ruchu, szybkiego chodzenia, wstrząsów. Czuję wtedy, jak opada ciężko w dół mojego brzucha. Tak jakby przesuwała się w nim wielka kluska. To taka delikatna sugestia: "spokojnie mamo".
Dogadujemy się z każdym dniem coraz bardziej. Co prawda nasze plany dnia są cudownie niedopasowane - gdy ja chodzę, on śpi, gdy ja śpię - on urządza występ cyrkowy. Czasem "odstukuje" na moje stukanie od zewnątrz. Uspokaja się, gdy rytmicznie i spokojnie głaskam brzuch przez dłuższą chwilę. I już nie boi się ręki swojego Taty. A czasem fika koziołki.
Trudno było się z nim dogadać. Nie reagował na słowa, ani na dotyk, jedynie na porę - późny wieczór, taka spokojna, półświadoma chwila tuż przed zaśnięciem...i nagle: stuk-stuk ze środka. I znów stuk-stuk. No weź tu śpij :)
Ono dużo wyczuwa. Są miejsca, gdzie rusza się szczęśliwie i intensywnie. Zwykle to te, gdzie bywał często i od początku, np. tramwaj :) Lubi też głos niektórych osób. Stuka wtedy intensywnie, jakby chciał powiedzieć: "hej! hej! Jestem!"
Uwielbia komentować czyjeś wypowiedzi. Np. jakiś polityk się wymądrza w telewizji i rzuca hasło typu: "wszyscy zginiemy, jak to a to się stanie". Kropka. Albo wykrzyknik. I Franio wtedy: stuk-stuk ze środka. Nie wiem jeszcze, co jest zgodą, a co zaprzeczeniem, ale nie można mu odmówić komentarza.
Franiowi jest dobrze, jak ktoś się modli. Po czym poznaję? W moim brzuchu robi się "luźniej". Przez większość czasu mam wrażenie takiego napięcia: nie tylko skóra, pal sześć skórę, wszystko w środku jest naciągnięte, mam wrażenie, do granic, a to dopiero połowa ciąży. To nie boli, szybko się do tego przyzwyczaiłam, ale wrażenie napięcia jest. W kościele, albo jak ktoś się modli, to czuję, że mój brzuch się rozluźnia. Ruchy Frania są spokojniejsze, albo nie czuję ich wcale. A czasem robi się leciutki, bardzo leciutki.
Czego Franciszek nie lubi? Generalnie wszystkiego, co szybkie. Nagłej zmiany pozycji, nagłego ruchu, szybkiego chodzenia, wstrząsów. Czuję wtedy, jak opada ciężko w dół mojego brzucha. Tak jakby przesuwała się w nim wielka kluska. To taka delikatna sugestia: "spokojnie mamo".
Dogadujemy się z każdym dniem coraz bardziej. Co prawda nasze plany dnia są cudownie niedopasowane - gdy ja chodzę, on śpi, gdy ja śpię - on urządza występ cyrkowy. Czasem "odstukuje" na moje stukanie od zewnątrz. Uspokaja się, gdy rytmicznie i spokojnie głaskam brzuch przez dłuższą chwilę. I już nie boi się ręki swojego Taty. A czasem fika koziołki.
sobota, 3 października 2015
Filmy z klapką
Moja mama mówi, że można mieć nadwrażliwość na życie. Ja mam szczególny typ tej cechy, czyli nadwrażliwość na negatywne obrazy i słowa. Po prostu: zamykam oczy na filmach o wiele częściej niż przeciętny widz, przerywam czytanie pewnych książek w połowie i wyciszam niektóre ścieżki dźwiękowe. Nie lubię widoku masakr, wykrzywionych mord i niepotrzebnego cierpienia. Nie znoszę krzyku ofiar i wrzasku psychopatów. Mam też reakcję alergiczną na niektóre sceny erotyczne (zdarzają się pięknie nakręcone lub opisane, ale bywają też okropnie niesmaczne).
Kiedy odkładam lub wyrzucam książkę, raczej nikt tego nie widzi i nie protestuje. Raz tylko spaliłam jedną książkę na wspólnym ognisku, wszyscy się dziwili. A ja się dowiedziałam, że książki wcale się dobrze nie palą. Chyba, że się je wrzuci do wielkiego ognia. Na małym ognisku palą się średnio. A może ta książka była tak kiepska, że się nie potrafiła nawet spalić porządnie?
Inaczej z filmami. Gdy oglądam ze znajomymi, często słyszę: "Maja! Odsłoń te oczy! Tracisz najlepsze sceny!" albo nawet: "To lepiej wcale nie oglądaj, jak masz zasłaniać!". Mając wrażenie, że jestem nienormalna, próbowałam z tym walczyć, ale szybko odpuściłam. W końcu wszyscy się przyzwyczaili, a mój mąż nawet informuje, kiedy kończą się "nie moje" sceny i mogę odsłonić oczy.
Co się dzieje, gdy ich nie zasłaniam? Nie śpię. A jak śpię, to śnię koszmary. Boję się wychodzić na zewnątrz. Boję się być w domu. Nie patrzę do lustra. Nie patrzę na wyłączony telewizor. Nie potrafię się na niczym skupić. Podskakuję na każdy głośniejszy dźwięk. I boję się rąk. Zgadnij, po jakim filmie.
Znajomy kolega, który nie widzi od urodzenia, powiedział: "Przynajmniej nie widzę różnych brzydactw". Rozumiem go.Więc zasłaniam oczy i nikomu nic do tego. A filmy oglądane z "klapkami" są przeciekawe :) Taka np. "Piła" (oglądałam do połowy, potem tylko słuchałam) to najlepszy koncert wrzasków na świecie (są mało straszne :)). Końcówka innego horroru: usłyszałam, że ktoś tam ucieka - pewno główny bohater, a to, co go goniło, brzmiało jak wspinający się po schodach, stary automat po napojach, albo rozpadająca się lodówka. Ostatnie moje odkrycie: "Więzień labiryntu 2"; głównego bohatera i jego koleżankę goniły zombie. Nie mam pojęcia, jak wyglądały, ale brzmiały jak ropucha skrzyżowana z zatkanym zlewem.
A potem i tak się wszyscy na mnie gapią, bo się śmieję w najstraszniejszych momentach...
Kiedy odkładam lub wyrzucam książkę, raczej nikt tego nie widzi i nie protestuje. Raz tylko spaliłam jedną książkę na wspólnym ognisku, wszyscy się dziwili. A ja się dowiedziałam, że książki wcale się dobrze nie palą. Chyba, że się je wrzuci do wielkiego ognia. Na małym ognisku palą się średnio. A może ta książka była tak kiepska, że się nie potrafiła nawet spalić porządnie?
Inaczej z filmami. Gdy oglądam ze znajomymi, często słyszę: "Maja! Odsłoń te oczy! Tracisz najlepsze sceny!" albo nawet: "To lepiej wcale nie oglądaj, jak masz zasłaniać!". Mając wrażenie, że jestem nienormalna, próbowałam z tym walczyć, ale szybko odpuściłam. W końcu wszyscy się przyzwyczaili, a mój mąż nawet informuje, kiedy kończą się "nie moje" sceny i mogę odsłonić oczy.
Co się dzieje, gdy ich nie zasłaniam? Nie śpię. A jak śpię, to śnię koszmary. Boję się wychodzić na zewnątrz. Boję się być w domu. Nie patrzę do lustra. Nie patrzę na wyłączony telewizor. Nie potrafię się na niczym skupić. Podskakuję na każdy głośniejszy dźwięk. I boję się rąk. Zgadnij, po jakim filmie.
Znajomy kolega, który nie widzi od urodzenia, powiedział: "Przynajmniej nie widzę różnych brzydactw". Rozumiem go.Więc zasłaniam oczy i nikomu nic do tego. A filmy oglądane z "klapkami" są przeciekawe :) Taka np. "Piła" (oglądałam do połowy, potem tylko słuchałam) to najlepszy koncert wrzasków na świecie (są mało straszne :)). Końcówka innego horroru: usłyszałam, że ktoś tam ucieka - pewno główny bohater, a to, co go goniło, brzmiało jak wspinający się po schodach, stary automat po napojach, albo rozpadająca się lodówka. Ostatnie moje odkrycie: "Więzień labiryntu 2"; głównego bohatera i jego koleżankę goniły zombie. Nie mam pojęcia, jak wyglądały, ale brzmiały jak ropucha skrzyżowana z zatkanym zlewem.
A potem i tak się wszyscy na mnie gapią, bo się śmieję w najstraszniejszych momentach...
czwartek, 1 października 2015
Nie mogę Ci wiele dać
W drodze do domu dostałam wiadomość z "wnętrza":
Dziecko teraz potrzebuje naprawdę niewiele.
Nie chodzi na jogę dla ciężarnych, ani na basen z ozonowaną wodą. Nie smaruje się kremem zapobiegającym rozstępom. Nie śpi na dużej, śmiesznej poduszce, która przypomina rozciągnięte "C". Nie słucha Mozarta, czyli nie dba o swoje IQ. Nie organizuje przedpępkówki. Nie robi sobie zdjęć 3D (i nie wrzuca ich na fb). Nie zbiera wyprawki. Nie zastanawia się, czy 3 pączki to już za dużo. Nie stara się spać na boku. Nie drży nad hemoglobiną, która spadła o 0,5. Nie sprawdza, ile urosło i czy to mieści się w centylach.
Prosi tylko o 6 do 12. posiłków dziennie i nienormalnie wielkie ilości płynów. Poza tym mam być spokojna: dziecko całym dzieckiem cieszy się, że jest.
------------------------------------
Nowy link do tortów: http://tortartkrakow.blogspot.com/
Subskrybuj:
Posty (Atom)