Moja mama mówi, że można mieć nadwrażliwość na życie. Ja mam szczególny typ tej cechy, czyli nadwrażliwość na negatywne obrazy i słowa. Po prostu: zamykam oczy na filmach o wiele częściej niż przeciętny widz, przerywam czytanie pewnych książek w połowie i wyciszam niektóre ścieżki dźwiękowe. Nie lubię widoku masakr, wykrzywionych mord i niepotrzebnego cierpienia. Nie znoszę krzyku ofiar i wrzasku psychopatów. Mam też reakcję alergiczną na niektóre sceny erotyczne (zdarzają się pięknie nakręcone lub opisane, ale bywają też okropnie niesmaczne).
Kiedy odkładam lub wyrzucam książkę, raczej nikt tego nie widzi i nie protestuje. Raz tylko spaliłam jedną książkę na wspólnym ognisku, wszyscy się dziwili. A ja się dowiedziałam, że książki wcale się dobrze nie palą. Chyba, że się je wrzuci do wielkiego ognia. Na małym ognisku palą się średnio. A może ta książka była tak kiepska, że się nie potrafiła nawet spalić porządnie?
Inaczej z filmami. Gdy oglądam ze znajomymi, często słyszę: "Maja! Odsłoń te oczy! Tracisz najlepsze sceny!" albo nawet: "To lepiej wcale nie oglądaj, jak masz zasłaniać!". Mając wrażenie, że jestem nienormalna, próbowałam z tym walczyć, ale szybko odpuściłam. W końcu wszyscy się przyzwyczaili, a mój mąż nawet informuje, kiedy kończą się "nie moje" sceny i mogę odsłonić oczy.
Co się dzieje, gdy ich nie zasłaniam? Nie śpię. A jak śpię, to śnię koszmary. Boję się wychodzić na zewnątrz. Boję się być w domu. Nie patrzę do lustra. Nie patrzę na wyłączony telewizor. Nie potrafię się na niczym skupić. Podskakuję na każdy głośniejszy dźwięk. I boję się rąk. Zgadnij, po jakim filmie.
Znajomy kolega, który nie widzi od urodzenia, powiedział: "Przynajmniej nie widzę różnych brzydactw". Rozumiem go.Więc zasłaniam oczy i nikomu nic do tego. A filmy oglądane z "klapkami" są przeciekawe :) Taka np. "Piła" (oglądałam do połowy, potem tylko słuchałam) to najlepszy koncert wrzasków na świecie (są mało straszne :)). Końcówka innego horroru: usłyszałam, że ktoś tam ucieka - pewno główny bohater, a to, co go goniło, brzmiało jak wspinający się po schodach, stary automat po napojach, albo rozpadająca się lodówka. Ostatnie moje odkrycie: "Więzień labiryntu 2"; głównego bohatera i jego koleżankę goniły zombie. Nie mam pojęcia, jak wyglądały, ale brzmiały jak ropucha skrzyżowana z zatkanym zlewem.
A potem i tak się wszyscy na mnie gapią, bo się śmieję w najstraszniejszych momentach...
sobota, 3 października 2015
czwartek, 1 października 2015
Nie mogę Ci wiele dać
W drodze do domu dostałam wiadomość z "wnętrza":
Dziecko teraz potrzebuje naprawdę niewiele.
Nie chodzi na jogę dla ciężarnych, ani na basen z ozonowaną wodą. Nie smaruje się kremem zapobiegającym rozstępom. Nie śpi na dużej, śmiesznej poduszce, która przypomina rozciągnięte "C". Nie słucha Mozarta, czyli nie dba o swoje IQ. Nie organizuje przedpępkówki. Nie robi sobie zdjęć 3D (i nie wrzuca ich na fb). Nie zbiera wyprawki. Nie zastanawia się, czy 3 pączki to już za dużo. Nie stara się spać na boku. Nie drży nad hemoglobiną, która spadła o 0,5. Nie sprawdza, ile urosło i czy to mieści się w centylach.
Prosi tylko o 6 do 12. posiłków dziennie i nienormalnie wielkie ilości płynów. Poza tym mam być spokojna: dziecko całym dzieckiem cieszy się, że jest.
------------------------------------
Nowy link do tortów: http://tortartkrakow.blogspot.com/
sobota, 26 września 2015
Pasożyt
Nie nazywaj mojego dziecka pasożytem.
To bardzo mnie boli i denerwuje, a przecież nie wolno mi się denerwować.
Mówisz, że "na logikę przecież tak wychodzi". Posłuchaj: nie nazwiesz trzylatka "darmozjadem", choć właściwie przecież nie ma w tym sprzeczności. Nie zawołasz za osobą upośledzoną: "Ty głupku", mimo że nie ma w tym błędu logicznego.
Pasożyt to tasiemiec, owsik i wesz. Zdajesz sobie sprawę, do czego porównujesz moje dziecko? Odmawiasz mu człowieczeństwa - widzisz to? A w takim razie, kim ja dla Ciebie jestem, skoro noszę coś, co dla Ciebie jest czymś złym, chorobliwym?
Aha... to miała być pociecha, tak? Chodzi o to, że mam prawo się źle czuć, bo jest we mnie jakieś stworzenie, które wysysa ze mnie energię? I takie patrzenie na macierzyństwo ma mnie pocieszyć?!
Moje dziecko. Dziecko. Tylko tak masz prawo je nazywać. Albo przestań je nazywać w ogóle.
To bardzo mnie boli i denerwuje, a przecież nie wolno mi się denerwować.
Mówisz, że "na logikę przecież tak wychodzi". Posłuchaj: nie nazwiesz trzylatka "darmozjadem", choć właściwie przecież nie ma w tym sprzeczności. Nie zawołasz za osobą upośledzoną: "Ty głupku", mimo że nie ma w tym błędu logicznego.
Pasożyt to tasiemiec, owsik i wesz. Zdajesz sobie sprawę, do czego porównujesz moje dziecko? Odmawiasz mu człowieczeństwa - widzisz to? A w takim razie, kim ja dla Ciebie jestem, skoro noszę coś, co dla Ciebie jest czymś złym, chorobliwym?
Aha... to miała być pociecha, tak? Chodzi o to, że mam prawo się źle czuć, bo jest we mnie jakieś stworzenie, które wysysa ze mnie energię? I takie patrzenie na macierzyństwo ma mnie pocieszyć?!
Moje dziecko. Dziecko. Tylko tak masz prawo je nazywać. Albo przestań je nazywać w ogóle.
sobota, 12 września 2015
Lubię to
Poczułam, że lubię być w ciąży. To fajny stan. Dlaczego?
- bo ludzie są mili, pomagają, ustępują i dają taryfę ulgową,
- bo już nie boję się psów (wywącha, że jestem w ciąży i mnie nie ugryzie),
- bo dużo chodzę w spódnicach,
- bo zaczęłam wreszcie się zdrowo odżywiać i dbać o siebie - wcześniej brakowało mi motywacji,
- bo uczę się mówić: "nie", "nie mogę tego zrobić", "sorry, nie dam rady",
- bo zawsze mogę powiedzieć: "jestem w ciąży, nie wolno mnie denerwować, więc przestań"
- bo zmęczenie leczy z perfekcjonizmu,
- bo wszyscy są zatroskani o moje samopoczucie,
- bo mogę patrzeć do wózków,
- bo wszystko można usprawiedliwić skaczącymi hormonami,
Ale to jeszcze nic...
Dlaczego ciąża jest piękna?
- bo widząc dziecko na USG, jeszcze takie maleńkie, widziałam życie, pulsujące, żywe, żyjące z niesamowitą siłą, widziałam esencję życia, życie samo,
- bo nieustannie słyszę w sobie: "wszystko będzie dobrze, o nic nie musisz się martwić, o nic nie musisz się troszczyć, niczego nie zabraknie",
- bo mogę do niego mówić, a ono mnie słyszy i czuje,
- bo ono ma już rączki! Nóżki też i całą resztę. Jest piękne.
Wzdycham na koniec i się uśmiecham. Ale nie, nie może być za słodko.
Dlaczego ciąża nie jest fajna?
- bo poranne (żeby tylko) mdłości,
- bo ciężkie nogi,
- bo boląca głowa,
- bo nie można pić ponczu, drinków, wina i wódki,
- bo nie powinno się oscypka i wędzonego łososia,
- bo energia spada do poziomu "low battery" godzinę po wstaniu (wieczorem wyje alarm "fatal damage"),
- bo PMSowa huśtawka nastrojów przy tym jest niczym,
- bo płytki w łazience już znam na pamięć,
- a jak nie lubisz, żeby dotykali Twojego brzucha, to musisz włożyć pancerz.
I to wszystko jest męczące, stresujące, rozwalające życie... ale tak bardzo nieważne...
- bo ludzie są mili, pomagają, ustępują i dają taryfę ulgową,
- bo już nie boję się psów (wywącha, że jestem w ciąży i mnie nie ugryzie),
- bo dużo chodzę w spódnicach,
- bo zaczęłam wreszcie się zdrowo odżywiać i dbać o siebie - wcześniej brakowało mi motywacji,
- bo uczę się mówić: "nie", "nie mogę tego zrobić", "sorry, nie dam rady",
- bo zawsze mogę powiedzieć: "jestem w ciąży, nie wolno mnie denerwować, więc przestań"
- bo zmęczenie leczy z perfekcjonizmu,
- bo wszyscy są zatroskani o moje samopoczucie,
- bo mogę patrzeć do wózków,
- bo wszystko można usprawiedliwić skaczącymi hormonami,
Ale to jeszcze nic...
Dlaczego ciąża jest piękna?
- bo widząc dziecko na USG, jeszcze takie maleńkie, widziałam życie, pulsujące, żywe, żyjące z niesamowitą siłą, widziałam esencję życia, życie samo,
- bo nieustannie słyszę w sobie: "wszystko będzie dobrze, o nic nie musisz się martwić, o nic nie musisz się troszczyć, niczego nie zabraknie",
- bo mogę do niego mówić, a ono mnie słyszy i czuje,
- bo ono ma już rączki! Nóżki też i całą resztę. Jest piękne.
Wzdycham na koniec i się uśmiecham. Ale nie, nie może być za słodko.
Dlaczego ciąża nie jest fajna?
- bo poranne (żeby tylko) mdłości,
- bo ciężkie nogi,
- bo boląca głowa,
- bo nie można pić ponczu, drinków, wina i wódki,
- bo nie powinno się oscypka i wędzonego łososia,
- bo energia spada do poziomu "low battery" godzinę po wstaniu (wieczorem wyje alarm "fatal damage"),
- bo PMSowa huśtawka nastrojów przy tym jest niczym,
- bo płytki w łazience już znam na pamięć,
- a jak nie lubisz, żeby dotykali Twojego brzucha, to musisz włożyć pancerz.
I to wszystko jest męczące, stresujące, rozwalające życie... ale tak bardzo nieważne...
niedziela, 6 września 2015
Wisienka na torcie
Dziś odwiedziliśmy pijalnię czekolady (dzięki, brat!). Otumaniona słodyczą mleczną, białą i deserową stworzyło mi się w głowie poniższe porównanie.
Większość psychologów (100% psycholożek :)) zna książkę p. Wojciszke: "Psychologia miłości". Autor twierdzi, że na miłość pełną, taką idealną, składają się trzy rzeczy: intymność, namiętność i zaangażowanie.
Zaczęło mi się myślenie od tego, że namiętność jest czymś tak zaje...tym, że trudno to opisać. Bardzo ogarniającym, zabierającym wszelkie uczucia i często kasującym myślenie, ale jest w tym niezaprzeczalny urok. Snuję to rozważanie patrząc na parę 16. latków migdalących się w zatłoczonym autobusie. "Czy oni się zastanawiają, co dalej?" myślę z perspektywy małżonki z ho, ho 11. miesięcznym stażem. Ciągnie ich do siebie, jak zaprawę do cegły, cały autobus może poświadczyć. Ale na namiętności nie da się budować.
Ona jest jak... dekoracja na torcie. Przepiękna. Polewa czekoladowa, albo wiórki... cukrowe, misterne kwiatki, różyczki z kremu... Musi być, bo inaczej co to za tort? Ale nie wystarcza, absolutnie nie.
Tort to jeszcze kremy, wypełnienie. Zaglądamy do środka i... mmm... szwarcwaldzki (mój ulubiony). Niespodzianka, którą trzeba odkryć. Podtrzymać przez rozmowy, spotkania, wspólne spędzanie czasu. Budujemy, nie kręcimy intymność.
A na końcu biszkopt oczywiście. Nie można zapomnieć o podstawie, czyli codzienności, zaangażowaniu. Może nawet jest nudna, może monotonna, powtarzalna. Jednak daje bazę, bez której tort nie wyjdzie.
Dopiero w połączeniu tort jest tortem.
Sam biszkopt - to nie tort. Jakiś początek, ale straci sens i wyschnie, gdy nic się z nim nie zrobi.
Sam krem po jakimś czasie się rozpłynie, stworzy nieapetyczną kałużę. Może jeszcze jakaś przyjaźń z tego będzie, ale na pewno nie związek.
A może biszkopt i krem? Niee... są takie... nieestetyczne, niewykończone. Na pierwszy rzut oka czegoś brak.
Dekoracji samej w sobie nikt nie nazwie tortem, choćby była nie wiem jak efektowna. No sorry, nie!
Jak piec, to porządnie, po całości.
Smacznego!
Ps: Gdyby kogoś naszło na torty, polecam stronę koleżanki: https://www.facebook.com/tortartkrakow?ref=profile
Większość psychologów (100% psycholożek :)) zna książkę p. Wojciszke: "Psychologia miłości". Autor twierdzi, że na miłość pełną, taką idealną, składają się trzy rzeczy: intymność, namiętność i zaangażowanie.
Zaczęło mi się myślenie od tego, że namiętność jest czymś tak zaje...tym, że trudno to opisać. Bardzo ogarniającym, zabierającym wszelkie uczucia i często kasującym myślenie, ale jest w tym niezaprzeczalny urok. Snuję to rozważanie patrząc na parę 16. latków migdalących się w zatłoczonym autobusie. "Czy oni się zastanawiają, co dalej?" myślę z perspektywy małżonki z ho, ho 11. miesięcznym stażem. Ciągnie ich do siebie, jak zaprawę do cegły, cały autobus może poświadczyć. Ale na namiętności nie da się budować.
Ona jest jak... dekoracja na torcie. Przepiękna. Polewa czekoladowa, albo wiórki... cukrowe, misterne kwiatki, różyczki z kremu... Musi być, bo inaczej co to za tort? Ale nie wystarcza, absolutnie nie.
Tort to jeszcze kremy, wypełnienie. Zaglądamy do środka i... mmm... szwarcwaldzki (mój ulubiony). Niespodzianka, którą trzeba odkryć. Podtrzymać przez rozmowy, spotkania, wspólne spędzanie czasu. Budujemy, nie kręcimy intymność.
A na końcu biszkopt oczywiście. Nie można zapomnieć o podstawie, czyli codzienności, zaangażowaniu. Może nawet jest nudna, może monotonna, powtarzalna. Jednak daje bazę, bez której tort nie wyjdzie.
Dopiero w połączeniu tort jest tortem.
Sam biszkopt - to nie tort. Jakiś początek, ale straci sens i wyschnie, gdy nic się z nim nie zrobi.
Sam krem po jakimś czasie się rozpłynie, stworzy nieapetyczną kałużę. Może jeszcze jakaś przyjaźń z tego będzie, ale na pewno nie związek.
A może biszkopt i krem? Niee... są takie... nieestetyczne, niewykończone. Na pierwszy rzut oka czegoś brak.
Dekoracji samej w sobie nikt nie nazwie tortem, choćby była nie wiem jak efektowna. No sorry, nie!
Jak piec, to porządnie, po całości.
Smacznego!
Ps: Gdyby kogoś naszło na torty, polecam stronę koleżanki: https://www.facebook.com/tortartkrakow?ref=profile
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
wtorek, 4 sierpnia 2015
Przeznaczenie
Ooooch... potrafiłyśmy o tym rozmawiać godzinami...
Siadałyśmy na szerokim parapecie w gimnazjalnej szatni i wymieniałyśmy poglądy, które niefrasobliwie zmieniały się w zależności od naszych związkowych doświadczeń. I tak: te z nas, które akurat były na etapie wzdychania do jakiegoś dojrzałego mężczyzny (czyli 18.-latka z technikum) albo ostatecznie trochę mniej dojrzałego (dojrzewającego :P) kolegi z równoległej klasy - broniły zdania, że przeznaczenie jest. Musi być. I na pewno prędzej czy później połączy mnie z tym moim wymarzonym, wyśnionym, jedynym, który niestety teraz ma mnie w nosie...
Tu odzywała się druga grupa (dziewczyny sfrustrowane niedawnym rozstaniem oraz zawiedzione swoim obecnym związkiem) - nie ma przeznaczenia. Ludzie sami siebie wybierają, kierują się dziwnymi, nieracjonalnymi kryteriami (to przytyk do płci przeciwnej), a potem zwykle im nie wychodzi i się rozstają. No chyba, że jest się tą M. z IIIc, która jest z tym P. już 4 miesiące... ale w normalnym życiu takie cuda się nie zdarzają!
Na szczęście "każda żmija przemija", jak mawia nieśmiertelny pan J. z biblioteki. Skończyło się też gimnazjum. W szkole średniej udało mi się wyrobić pogląd, którego się długo trzymałam: "Przeznaczenie jest, ale w takiej formie: na świecie znajduje się wielu, wielu ludzi, z którymi mogę stworzyć satysfakcjonujący związek. Jeden będzie bardziej szczęśliwy, inny mniej... Jest też na pewno jakaś jedna, konkretna osoba, z którą byłabym najszczęśliwsza. Najbardziej jesteśmy do siebie podobni - w taki dobry sposób, najlepiej pasujemy do siebie. Nie wiem, czy ją spotkam, ale to nic nie szkodzi, bo nie będę mieć porównania, jak to jest być z kimś innym."
Tak... to był mankament mojej teorii... Tortu z wisienką mogłam wcale nie spotkać. Ale nie szkodzi, przecież miałabym drożdżówkę, prawda? A jeśli nie posmakuję tortu, to nie będzie mi żal :)
Podsumowując: pomysł dla radykalnych minimalistów, którzy wyznają zasady: "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma" i "mój pierwszy związek będzie moim ostatnim".
Najgorzej zatrzymać się wpół drogi :) Zwykle wtedy wychodzą jakieś kwiatki.
Więc? Jest przeznaczenie. Oczywiście, że jest. Kiedy się z Nim współpracuje, to się znajdzie tego najlepszego. A jak się nie współpracuje? To też się znajdzie. Przeznaczeniu radykalnie zależy na naszym szczęściu. Szczerze wierzę, że każdy spotyka na swojej drodze, w jakimś momencie życia, tą właśnie wybraną, najlepszą dla niego/niej osobę.
Ale to, co zrobimy z tym spotkaniem, zależy wyłącznie od naszej decyzji.
Siadałyśmy na szerokim parapecie w gimnazjalnej szatni i wymieniałyśmy poglądy, które niefrasobliwie zmieniały się w zależności od naszych związkowych doświadczeń. I tak: te z nas, które akurat były na etapie wzdychania do jakiegoś dojrzałego mężczyzny (czyli 18.-latka z technikum) albo ostatecznie trochę mniej dojrzałego (dojrzewającego :P) kolegi z równoległej klasy - broniły zdania, że przeznaczenie jest. Musi być. I na pewno prędzej czy później połączy mnie z tym moim wymarzonym, wyśnionym, jedynym, który niestety teraz ma mnie w nosie...
Tu odzywała się druga grupa (dziewczyny sfrustrowane niedawnym rozstaniem oraz zawiedzione swoim obecnym związkiem) - nie ma przeznaczenia. Ludzie sami siebie wybierają, kierują się dziwnymi, nieracjonalnymi kryteriami (to przytyk do płci przeciwnej), a potem zwykle im nie wychodzi i się rozstają. No chyba, że jest się tą M. z IIIc, która jest z tym P. już 4 miesiące... ale w normalnym życiu takie cuda się nie zdarzają!
Na szczęście "każda żmija przemija", jak mawia nieśmiertelny pan J. z biblioteki. Skończyło się też gimnazjum. W szkole średniej udało mi się wyrobić pogląd, którego się długo trzymałam: "Przeznaczenie jest, ale w takiej formie: na świecie znajduje się wielu, wielu ludzi, z którymi mogę stworzyć satysfakcjonujący związek. Jeden będzie bardziej szczęśliwy, inny mniej... Jest też na pewno jakaś jedna, konkretna osoba, z którą byłabym najszczęśliwsza. Najbardziej jesteśmy do siebie podobni - w taki dobry sposób, najlepiej pasujemy do siebie. Nie wiem, czy ją spotkam, ale to nic nie szkodzi, bo nie będę mieć porównania, jak to jest być z kimś innym."
Tak... to był mankament mojej teorii... Tortu z wisienką mogłam wcale nie spotkać. Ale nie szkodzi, przecież miałabym drożdżówkę, prawda? A jeśli nie posmakuję tortu, to nie będzie mi żal :)
Podsumowując: pomysł dla radykalnych minimalistów, którzy wyznają zasady: "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma" i "mój pierwszy związek będzie moim ostatnim".
Najgorzej zatrzymać się wpół drogi :) Zwykle wtedy wychodzą jakieś kwiatki.
Więc? Jest przeznaczenie. Oczywiście, że jest. Kiedy się z Nim współpracuje, to się znajdzie tego najlepszego. A jak się nie współpracuje? To też się znajdzie. Przeznaczeniu radykalnie zależy na naszym szczęściu. Szczerze wierzę, że każdy spotyka na swojej drodze, w jakimś momencie życia, tą właśnie wybraną, najlepszą dla niego/niej osobę.
Ale to, co zrobimy z tym spotkaniem, zależy wyłącznie od naszej decyzji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)