czwartek, 1 października 2015

Nie mogę Ci wiele dać

W drodze do domu dostałam wiadomość z "wnętrza":

Dziecko teraz potrzebuje naprawdę niewiele.
Nie chodzi na jogę dla ciężarnych, ani na basen z ozonowaną wodą. Nie smaruje się kremem zapobiegającym rozstępom. Nie śpi na dużej, śmiesznej poduszce, która przypomina rozciągnięte "C". Nie słucha Mozarta, czyli nie dba o swoje IQ. Nie organizuje przedpępkówki. Nie robi sobie zdjęć 3D (i nie wrzuca ich na fb). Nie zbiera wyprawki. Nie zastanawia się, czy 3 pączki to już za dużo. Nie stara się spać na boku. Nie drży nad hemoglobiną, która spadła o 0,5. Nie sprawdza, ile urosło i czy to mieści się w centylach. 
Prosi tylko o 6 do 12. posiłków dziennie i nienormalnie wielkie ilości płynów. Poza tym mam być spokojna: dziecko całym dzieckiem cieszy się, że jest. 



------------------------------------
Nowy link do tortów: http://tortartkrakow.blogspot.com/

sobota, 26 września 2015

Pasożyt

Nie nazywaj mojego dziecka pasożytem.

To bardzo mnie boli i denerwuje, a przecież nie wolno mi się denerwować.

Mówisz, że "na logikę przecież tak wychodzi". Posłuchaj: nie nazwiesz trzylatka "darmozjadem", choć właściwie przecież nie ma w tym sprzeczności. Nie zawołasz za osobą upośledzoną: "Ty głupku", mimo że nie ma w tym błędu logicznego.

Pasożyt to tasiemiec, owsik i wesz. Zdajesz sobie sprawę, do czego porównujesz moje dziecko? Odmawiasz mu człowieczeństwa - widzisz to? A w takim razie, kim ja dla Ciebie jestem, skoro noszę coś, co dla Ciebie jest czymś złym, chorobliwym?

Aha... to miała być pociecha, tak? Chodzi o to, że mam prawo się źle czuć, bo jest we mnie jakieś stworzenie, które wysysa ze mnie energię? I takie patrzenie na macierzyństwo ma mnie pocieszyć?!

Moje dziecko. Dziecko. Tylko tak masz prawo je nazywać. Albo przestań je nazywać w ogóle.

sobota, 12 września 2015

Lubię to

Poczułam, że lubię być w ciąży. To fajny stan. Dlaczego?
- bo ludzie są mili, pomagają, ustępują i dają taryfę ulgową,
- bo już nie boję się psów (wywącha, że jestem w ciąży i mnie nie ugryzie),
- bo dużo chodzę w spódnicach,
- bo zaczęłam wreszcie się zdrowo odżywiać i dbać o siebie - wcześniej brakowało mi motywacji,
- bo uczę się mówić: "nie", "nie mogę tego zrobić", "sorry, nie dam rady",
- bo zawsze mogę powiedzieć: "jestem w ciąży, nie wolno mnie denerwować, więc przestań"
- bo zmęczenie leczy z perfekcjonizmu,
- bo wszyscy są zatroskani o moje samopoczucie,
- bo mogę patrzeć do wózków,
- bo wszystko można usprawiedliwić skaczącymi hormonami,

Ale to jeszcze nic...
Dlaczego ciąża jest piękna?
- bo widząc dziecko na USG, jeszcze takie maleńkie, widziałam życie, pulsujące, żywe, żyjące z niesamowitą siłą, widziałam esencję życia, życie samo,
- bo nieustannie słyszę w sobie: "wszystko będzie dobrze, o nic nie musisz się martwić, o nic nie musisz się troszczyć, niczego nie zabraknie",
- bo mogę do niego mówić, a ono mnie słyszy i czuje,
- bo ono ma już rączki! Nóżki też i całą resztę. Jest piękne.

Wzdycham na koniec i się uśmiecham. Ale nie, nie może być za słodko.
Dlaczego ciąża nie jest fajna?
- bo poranne (żeby tylko) mdłości,
- bo ciężkie nogi,
- bo boląca głowa,
- bo nie można pić ponczu, drinków, wina i wódki,
- bo nie powinno się oscypka i wędzonego łososia,
- bo energia spada do poziomu "low battery" godzinę po wstaniu (wieczorem wyje alarm "fatal damage"),
- bo PMSowa huśtawka nastrojów przy tym jest niczym,
- bo płytki w łazience już znam na pamięć,
- a jak nie lubisz, żeby dotykali Twojego brzucha, to musisz włożyć pancerz.

I to wszystko jest męczące, stresujące, rozwalające życie... ale tak bardzo nieważne...


niedziela, 6 września 2015

Wisienka na torcie

Dziś odwiedziliśmy pijalnię czekolady (dzięki, brat!). Otumaniona słodyczą mleczną, białą i deserową stworzyło mi się w głowie poniższe porównanie.

Większość psychologów (100% psycholożek :)) zna książkę p. Wojciszke: "Psychologia miłości". Autor twierdzi, że na miłość pełną, taką idealną, składają się trzy rzeczy: intymność, namiętność i zaangażowanie.

Zaczęło mi się myślenie od tego, że namiętność jest czymś tak zaje...tym, że trudno to opisać. Bardzo ogarniającym, zabierającym wszelkie uczucia i często kasującym myślenie, ale jest w tym niezaprzeczalny urok. Snuję to rozważanie patrząc na parę 16. latków migdalących się w zatłoczonym autobusie. "Czy oni się zastanawiają, co dalej?" myślę z perspektywy małżonki z ho, ho 11. miesięcznym stażem. Ciągnie ich do siebie, jak zaprawę do cegły, cały autobus może poświadczyć. Ale na namiętności nie da się budować.

Ona jest jak... dekoracja na torcie. Przepiękna. Polewa czekoladowa, albo wiórki... cukrowe, misterne kwiatki, różyczki z kremu... Musi być, bo inaczej co to za tort? Ale nie wystarcza, absolutnie nie.

Tort to jeszcze kremy, wypełnienie. Zaglądamy do środka i... mmm... szwarcwaldzki (mój ulubiony). Niespodzianka, którą trzeba odkryć. Podtrzymać przez rozmowy, spotkania, wspólne spędzanie czasu. Budujemy, nie kręcimy intymność.

A na końcu biszkopt oczywiście. Nie można zapomnieć o podstawie, czyli codzienności, zaangażowaniu. Może nawet jest nudna, może monotonna, powtarzalna. Jednak daje bazę, bez której tort nie wyjdzie.

Dopiero w połączeniu tort jest tortem.

Sam biszkopt - to nie tort. Jakiś początek, ale straci sens i wyschnie, gdy nic się z nim nie zrobi.

Sam krem po jakimś czasie się rozpłynie, stworzy nieapetyczną kałużę. Może jeszcze jakaś przyjaźń z tego będzie, ale na pewno nie związek.

A może biszkopt i krem? Niee... są takie... nieestetyczne, niewykończone. Na pierwszy rzut oka czegoś brak.

Dekoracji samej w sobie nikt nie nazwie tortem, choćby była nie wiem jak efektowna. No sorry, nie!

Jak piec, to porządnie, po całości.

Smacznego!

Ps: Gdyby kogoś naszło na torty, polecam stronę koleżanki: https://www.facebook.com/tortartkrakow?ref=profile


wtorek, 4 sierpnia 2015

Przeznaczenie

Ooooch... potrafiłyśmy o tym rozmawiać godzinami...
Siadałyśmy na szerokim parapecie w gimnazjalnej szatni i wymieniałyśmy poglądy, które niefrasobliwie zmieniały się w zależności od naszych związkowych doświadczeń. I tak: te z nas, które akurat były na etapie wzdychania do jakiegoś dojrzałego mężczyzny (czyli 18.-latka z technikum) albo ostatecznie trochę mniej dojrzałego (dojrzewającego :P) kolegi z równoległej klasy - broniły zdania, że przeznaczenie jest. Musi być. I na pewno prędzej czy później połączy mnie z tym moim wymarzonym, wyśnionym, jedynym, który niestety teraz ma mnie w nosie...
Tu odzywała się druga grupa (dziewczyny sfrustrowane niedawnym rozstaniem oraz zawiedzione swoim obecnym związkiem) - nie ma przeznaczenia. Ludzie sami siebie wybierają, kierują się dziwnymi, nieracjonalnymi kryteriami (to przytyk do płci przeciwnej), a potem zwykle im nie wychodzi i się rozstają. No chyba, że jest się tą M. z IIIc, która jest z tym P. już 4 miesiące... ale w normalnym życiu takie cuda się nie zdarzają!

Na szczęście "każda żmija przemija", jak mawia nieśmiertelny pan J. z biblioteki. Skończyło się też gimnazjum. W szkole średniej udało mi się  wyrobić pogląd, którego się długo trzymałam: "Przeznaczenie jest, ale w takiej formie: na świecie znajduje się wielu, wielu ludzi, z którymi mogę stworzyć satysfakcjonujący związek. Jeden będzie bardziej szczęśliwy, inny mniej... Jest też na pewno jakaś jedna, konkretna osoba, z którą byłabym najszczęśliwsza. Najbardziej jesteśmy do siebie podobni - w taki dobry sposób, najlepiej pasujemy do siebie. Nie wiem, czy ją spotkam, ale to nic nie szkodzi, bo nie będę mieć porównania, jak to jest być z kimś innym."
Tak... to był mankament mojej teorii... Tortu z wisienką mogłam wcale nie spotkać. Ale nie szkodzi, przecież miałabym drożdżówkę, prawda? A jeśli nie posmakuję tortu, to nie będzie mi żal :)
Podsumowując: pomysł dla radykalnych minimalistów, którzy wyznają zasady: "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma" i "mój pierwszy związek będzie moim ostatnim".

Najgorzej zatrzymać się wpół drogi :) Zwykle wtedy wychodzą jakieś kwiatki.

Więc? Jest przeznaczenie. Oczywiście, że jest. Kiedy się z Nim współpracuje, to się znajdzie tego najlepszego. A jak się nie współpracuje? To też się znajdzie. Przeznaczeniu radykalnie zależy na naszym szczęściu. Szczerze wierzę, że każdy spotyka na swojej drodze, w jakimś momencie życia, tą właśnie wybraną, najlepszą dla niego/niej osobę.

Ale to, co zrobimy z tym spotkaniem, zależy wyłącznie od naszej decyzji.

wtorek, 21 lipca 2015

Wiemy wszystko o mężczyznach. Czy na pewno?

"Jednak nie był tu potrzebny mężczyzna. Wystarczył dywan" (Perfekcyjna Pani Domu, s02e01)

Niższy gatunek
Czasem mam wrażenie, że powoduje nami (a pisząc w 1. osobie liczby mnogiej będę miała na myśli zawsze nas - kobiety w wielkim, wielkim uogólnieniu) jakieś dziwne poczucie niższości. Jakbyśmy czuły się niepewnie w swojej wartości, więc musimy sprytnie i kulturalnie poniżać. Kogo? Mężczyzn oczywiście.
"Chłopy to już tak mają."
"O! Okazało się, że ma uczucia. Ale się zdziwiłam".
"To ty facetów nie znasz? Przecież oni tylko o jednym"
"Chciałabym tak wszystko mieć w nosie, jak mężczyźni"
"Mężczyznom to dobrze. Oni się aż tak nie zastanawiają nad życiem"
"Mogę wyglądać jak mężczyzna. Ale nie muszę śmierdzieć, jak on" (to akurat z Mulan).   

Oni są prości
Wydaje się nam, że ich znamy. Tak często mówimy, że to "typowe" zachowanie. Mamy ulepione w głowie, jak taki "typowy" mężczyzna się zachowuje. I jak go ustawić. To łatwe, bo przecież oni "tylko o jednym myślą", prawda?

Oczekiwania kształtują
Nie dostrzegamy jednej rzeczy - nasze zachowanie ma nielichy wpływ na to, że oni się "uśredniają". Jeśli, droga kobieto, oczekujesz i nastawiasz się, że on będzie nieromantycznym leniem - to będzie. Niezbyt stara, ale jednak sprawdzona psychologiczna prawda mówi, że ludzie w pewnym stopniu zmieniają swoje zachowanie względem tego, czego druga osoba od nich oczekuje. Taaaak? A skąd to wiedzą?  Jeśli np. kobieta oczekuje/zakłada, że młody mężczyzna będzie na pewno jeszcze "chłopcem" - nie powierzy mu odpowiedzialnych zadań. On to wyczuje, mniej lub bardziej świadomie, więc będzie się zachowywał mniej odpowiedzialnie.

My kształtujemy
Ale co tam nieświadome oczekiwania. Przecież my ich otwarcie próbujemy zmienić. Nauczyć, jak to jest być "prawdziwymi mężczyznami". Bo przecież doskonale to wiemy: ma być odpowiedzialny, z poczuciem humoru, otwarty i towarzyski (ale nie za bardzo - żeby lubił też spędzać czas sam na sam), panuje nad emocjami, walczący o swoje (i nasze) ale delikatnie i kulturalnie, ma być silny, ale tak, bym mogła tą siłę kontrolować, ma być romantyczny, ale też troszeczkę nieokrzesany (bo to takie męskie), ma znać się na kobiecej biologii i psychice (co jest równoważne z cierpliwością i wyrozumiałością na wszystko z tym związane), ma mieć niezłą klatę/mięśnie/włosy, perfekcyjnie dbać o higienę, ubierać się odpowiednio... no, tu trochę odpuszczamy, niech ma coś swojego. Aha, i niech nie gra za dużo na komputerze. Ćwiczy. Zdrowo się odżywia. Niech ma pasję, ale nie poświęca jej więcej czasu, niż my uważamy, że powinien.
Tak, to właśnie jest Prawdziwy Mężczyzna.

Z całym szacunkiem - nie
Mylimy się. Myślimy, że znamy ich na wskroś, ba! znamy ich "lepszą wersję", co uprawnia nas oczywiście do wprowadzania zmian.
Skąd wiem? Ano naszło mnie po przeczytaniu - setnym już chyba "Dzikiego serca". Po pierwszym czytaniu miałam poczucie, że ja wreszcie już WSZYSTKO WIEM o mężczyznach i będę wszystkim dawać tą książkę, bo wtedy staną się prawdziwymi mężczyznami.
Po tym... setnym chyba... przeczytaniu dotarło do mnie chyba wreszcie to, co autor przekazuje.

Świat mężczyzny jest zupełnie, absolutnie różny od świata kobiety. 
Nie rozumiem męskiego sposobu myślenia. Nie stanę na miejscu mężczyzny -  z wszystkimi jego pragnieniami, obawami i tęsknotami (pięknie o tym pisze Pawlukiewicz w "Warto być ojcem"). Konsekwentnie - nie wiem, jaki powinien być idealny mężczyzna - ta ostateczna, doskonała wersja. (Tak, wiem, jaki powinien być idealny dla mnie. Ale nie o to chodzi). A nawet jeśli mam jakieś mgliste poczucie, w końcu w historii było wiele mężczyzn, których można jakoś brać za wzór, to nie znam drogi do tego, by mężczyzna się mężczyzną stał.

Więc nie uczmy ich męskości!
Bądźmy szczere: czy którakolwiek z nas pytałaby się mężczyzny, jak ma zostać prawdziwą kobietą? Raczej nie, prawda? Zachowajmy się więc konsekwentnie. Mężczyzna może się nauczyć być mężczyzną na milion sposobów: sam, dzięki ojcu, bratu, autorytetowi, Bogu... ale na pewno nie instruowany przez kobietę.

Czyli nic nie możemy zrobić?
Mam silne przekonanie, że im bardziej kobieta staje się kobieca, tym bardziej mężczyzna staje się przy niej męski. 

(To nie znaczy, że...
...nie mam próbować poznawać męskiego świata. Porzucę tylko pewność, że już go znam.
.... nie mam mieć oczekiwań względem mężczyzny. Mam i to całkiem spore. Ale je przemyślę:)
... w stereotypach na temat płci nie ma ziarnka prawdy;) Jest- ziarnko. I tyle.)

Jak zwykle, zachęcam do polemiki:)