Rafał - Bóg uzdrowił (hebr.)
Lubimy to imię, lubimy jego pierwszego nosiciela. To Archanioł z ks. Tobiasza. W ciągu jednej wycieczki zdążył znaleźć Tobiaszowi żonę, uratować go od śmierci, przynieść mu kupę kasy, znaleźć lekarstwo na chorobę jego ojca i nauczyć, jak się nim posługiwać.
Generalnie do św. Rafała warto się modlić, gdy chce się znaleźć żonę. Ponoć działa. Poza tym skutkuje jako pomocnik w uzdrawianiu relacji.
Ale jeszcze ktoś inny nosi to imię...
Nie było go, a jest. Ma wielkie, niebieskie oczy. Jeszcze nie mówi. Zamiast chodzić - lata. Gdy coś go ucieszy, mruga po swojemu rączkami. A co to jest? Kręcąca się pokrywka (w ogóle wszystko kręcące), samochody, rozpadające się tunele i reklamy w telewizji. Ostatnio miewa chwile histerii. Na huśtawce może się bujać pół godziny i mu się to nie nudzi. A jak idziemy przez parking, wskazuje paluszkiem na każdy samochód, bo chce usłyszeć jego nazwę. Taki mały, a już dzięki niemu Bóg uzdrowił. Bo jest.
wtorek, 13 stycznia 2015
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Nie mam weny, więc wklejam Gandalfa
(J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni. Wyprawa (Bractwo Pierścienia) (czy po prostu Drużyna Pierścienia)
"Wielu z tych, którzy żyją zasłużyło na śmierć. Niejeden też z tych, którzy zasłużyli na życie, umarł. Czy możesz tym umarłym zwrócić życie? Nie szafuj więc śmiercią w imię sprawiedliwości, bo narażasz własne bezpieczeństwo. Nawet najmądrzejsi mędrcy nie wszystko wiedzą."
wtorek, 6 stycznia 2015
Brygida
Brygida - z celt. brig - siła, cnota, męstwo, albo od celtyckiej boginii Brigantii - wyniosła, wysoka.
Wymarzone imię dla modelek i wojowniczek:)
- A gdyby tak oceniać człowieka nie po tym, jaki jest, ale jaki może być, jaki potencjalnie może się stać...
- Eeee.... chore. To tak jakby patrzeć na milionera, który przepił majątek, jak na... milionera, człowieka sukcesu, pracowitego, itd..
- Nie, nie... Nie patrz na to, skąd upadł, ale dokąd może dojść. Tzn. masz tego alkoholika-byłego milionera; może kiedyś znajdzie pracę, może przestanie pić, a może tylko przestanie kraść...
- Albo tego nie zrobi. Bez sensu.
- Jeśli patrzysz na człowieka przez to, jaki jest teraz, szufladkujesz. Pije - pijak, wiecznie baluje - nieodpowiedzialny, smutna - ma depresję.
- No. I co w tym złego? Oceniam stan faktyczny.
- Ale on jest nieprawdziwy.
- CO ?!
- No... niepełny. Nie mówi Ci wszystkiego o tym człowieku. Mówi Ci tylko to, co w nim słabe.
- Ale Ty ciągle samych słabych ludzi spotykasz. Weź, popatrz - komuś się udało w życiu; ma pracę, dom, rodzinę, pieniądze. To co, mam patrzeć na to, że on się może POTENCJALNIE stoczyć? Bo może, nie?
- No tak...
- No widzisz, bez sensu to Twoje pisanie.
- Nie rozumiesz. Wiesz, dlaczego lubię znaczenie imion?
- Nie, Ty moja analityczko do kwadratu, mistrzyni rozkładania działających całości na czynniki pierwsze i last but not least zwolenniczko odwracania kota ogonem i wiązania na nim supła.
- Bardzo śmieszne. Imiona odwołują się do tego, co najlepsze w człowieku. Choćby taki nie był, jak znaczenie jego imienia, ale to właśnie imię mówi, jaki on może się stać. Widzisz, jaki skarb się w nim potencjalnie kryje.
- Nie czaję, nie kupuję tego. A Twoje wywody, powtarzam, są bez...
- Koniec. To ja piszę. To ja mam ostatnie słowo:)
- Co nie znaczy, że masz rację:)
- Dość!
Wymarzone imię dla modelek i wojowniczek:)
- A gdyby tak oceniać człowieka nie po tym, jaki jest, ale jaki może być, jaki potencjalnie może się stać...
- Eeee.... chore. To tak jakby patrzeć na milionera, który przepił majątek, jak na... milionera, człowieka sukcesu, pracowitego, itd..
- Nie, nie... Nie patrz na to, skąd upadł, ale dokąd może dojść. Tzn. masz tego alkoholika-byłego milionera; może kiedyś znajdzie pracę, może przestanie pić, a może tylko przestanie kraść...
- Albo tego nie zrobi. Bez sensu.
- Jeśli patrzysz na człowieka przez to, jaki jest teraz, szufladkujesz. Pije - pijak, wiecznie baluje - nieodpowiedzialny, smutna - ma depresję.
- No. I co w tym złego? Oceniam stan faktyczny.
- Ale on jest nieprawdziwy.
- CO ?!
- No... niepełny. Nie mówi Ci wszystkiego o tym człowieku. Mówi Ci tylko to, co w nim słabe.
- Ale Ty ciągle samych słabych ludzi spotykasz. Weź, popatrz - komuś się udało w życiu; ma pracę, dom, rodzinę, pieniądze. To co, mam patrzeć na to, że on się może POTENCJALNIE stoczyć? Bo może, nie?
- No tak...
- No widzisz, bez sensu to Twoje pisanie.
- Nie rozumiesz. Wiesz, dlaczego lubię znaczenie imion?
- Nie, Ty moja analityczko do kwadratu, mistrzyni rozkładania działających całości na czynniki pierwsze i last but not least zwolenniczko odwracania kota ogonem i wiązania na nim supła.
- Bardzo śmieszne. Imiona odwołują się do tego, co najlepsze w człowieku. Choćby taki nie był, jak znaczenie jego imienia, ale to właśnie imię mówi, jaki on może się stać. Widzisz, jaki skarb się w nim potencjalnie kryje.
- Nie czaję, nie kupuję tego. A Twoje wywody, powtarzam, są bez...
- Koniec. To ja piszę. To ja mam ostatnie słowo:)
- Co nie znaczy, że masz rację:)
- Dość!
czwartek, 1 stycznia 2015
o tęsknocie znów
Zbyt długo
Zbyt długo poszukiwałem mej ukochanej
Zbyt długo poszukiwałem mej ukochanej
Śnię o deszczu
Śnię o ogrodach wśród pustynnych piasków
Budzę się w bólu
Śnię o miłości, a czas przesypuje mi się przez palce
Ta pustynna róża
Każdy z jej płatków to tajemnicza obietnica
Ten pustynny kwiat
Żadna słodka woń nie nękała mnie bardziej niż ta
A kiedy się obraca…
Ten sposób, w jakim się porusza, w logice mych snów…
Ten ogień płonie…
I nagle dostrzegam, że nic nie jest takie, jak się wydaje
Masz moje życie
Nikt inny prócz Ciebie
Nikt inny prócz Ciebie
(Sting & Cheb Mami, Desert rose)
Tęsknisz? A może kiedyś tęskniłaś/łeś? Strasznie trudne uczucie. To taki brak w człowieku, wołający o wypełnienie. Chociaż jest strasznie drażniący, jak drzazga w stopie, ale przydatny. Nadaje cel, ukierunkowuje, pobudza, porusza. Wytrąca z
apatii. Wtrąca w niepokój. W troskę. Zabiera słodkie ukojenie. Nie pozwala
zapomnieć. Nie daje się zasiedzieć. Pozbawia kontroli. Wyciąga z egoizmu ku czemuś/komuś, co jest poza nami.
Dobrze jest tęsknić. Ale myślę, że nie dobrze jest tęsknić bez nadziei.
Bo przecież ktoś tęskni za Tobą. Może już personalnie, a może jeszcze Cię nie zna, ale tęskni za miłością, którą możesz dać. Ktoś za Tobą tęskni. Ja w to wierzę.
wtorek, 30 grudnia 2014
Faustyna
Faustyna - szczęśliwa (od przym. łac. fausta - błoga, szczęśliwa, albo czas. faveo - być przychylnym, sprzyjać, albo rzecz. favor - przychylność, życzliwość, łaskawość).
Przy takim imieniu wypada tylko zapytać - co to jest szczęście?
Swego czasu ujęła mnie definicja Einsteina:
"Jeżeli a oznacza szczęście, to a = x + y + z, gdzie x to praca, y - rozrywki, a z to umiejętność trzymania języka za zębami".
No. U mnie się sprawdza. Problem w tym, że jest ogólna, więc zaraz podniosą się głosy: a że nie każda praca, a że niektóre rozrywki to wręcz szkodzą, a że to trzymanie języka za zębami jednak nie wychodzi na dobre. No. Zatem każdy z nas ma subiektywną i własną wersję tego równania.
To bardzo przydatne, żeby wiedzieć, co mi konkretnie daje szczęście. Zwłaszcza teraz, bo zbliża się nowy rok, robimy postanowienia, a głupio sobie postanawiać coś, co daje nieszczęście. Chwila... sięgam po moją listę postanowień, zobaczę, jak się mają do mojego szczęścia. Ano... nie jest tak źle. Wszystkie się mają, poza jednym, które, jak odkryłam, jest bardziej "na zaliczenie". Muszę przemyśleć.
A najwięcej szczęścia jest w pierwszym z listy i ostatnim. Bo najbardziej przybliżają do najbliższych.
https://www.youtube.com/watch?v=jDz1ZZptIso
Przy takim imieniu wypada tylko zapytać - co to jest szczęście?
Swego czasu ujęła mnie definicja Einsteina:
"Jeżeli a oznacza szczęście, to a = x + y + z, gdzie x to praca, y - rozrywki, a z to umiejętność trzymania języka za zębami".
No. U mnie się sprawdza. Problem w tym, że jest ogólna, więc zaraz podniosą się głosy: a że nie każda praca, a że niektóre rozrywki to wręcz szkodzą, a że to trzymanie języka za zębami jednak nie wychodzi na dobre. No. Zatem każdy z nas ma subiektywną i własną wersję tego równania.
To bardzo przydatne, żeby wiedzieć, co mi konkretnie daje szczęście. Zwłaszcza teraz, bo zbliża się nowy rok, robimy postanowienia, a głupio sobie postanawiać coś, co daje nieszczęście. Chwila... sięgam po moją listę postanowień, zobaczę, jak się mają do mojego szczęścia. Ano... nie jest tak źle. Wszystkie się mają, poza jednym, które, jak odkryłam, jest bardziej "na zaliczenie". Muszę przemyśleć.
A najwięcej szczęścia jest w pierwszym z listy i ostatnim. Bo najbardziej przybliżają do najbliższych.
https://www.youtube.com/watch?v=jDz1ZZptIso
poniedziałek, 29 grudnia 2014
o frycowym i wystarczająco dobrym
Mojemu tacie zdarzało się mówić: "Frycowe trzeba zapłacić". A powtarzał to wystarczająco często, żebym to przyjęła i zrozumiała. O co chodzi? Znaczy to, że jak się jest gdzieś nowym - "frycem", to często dostaje się po głowie; trochę ze względu na trudność sytuacji, a trochę dla zasady.
Sprawdza się. Jeździłam kiedyś na takie kapitalne rekolekcje dla młodzieży. Wszystko było naprawdę awsome, poza tym, że ludzie na nie jeżdżący byli ekstremalnie zamknięci na nowe osoby. Sami wobec innych "stałych bywalców" byli bardzo otwarci, w ogóle stanowili dobrą wspólnotę, ale "nowi" zderzali się z betonowym murem. Dowodem na to, że gdy mówiliśmy o włączeniu się w to towarzystwo to w słowach: "trzeba się tam WBIĆ". Ostatecznie się udało, ale czy o to chodzi?
Może właśnie dlatego tak bardzo spodobała mi się moja studencka wspólnota. Odniosłam wrażenie, że zasada brzmi: "jesteśmy RAZEM, a nie grupami". Już od początku klany o wspólnym pochodzeniu były rozdzielane do różnych pokoi, a przy jedzeniu siadaliśmy tak, żeby nie znać choć jednej osoby obok nas. A potem słyszałam nie raz, że jak przyjdzie ktoś nowy, to trzeba do niego zagadać. W praktyce bywało różnie, ale zwykle właśnie tak.
Pojedynczy nowy jest najsłabszy. Obserwowany, oceniany, samotny i zdezorientowany. Bycie z nim i przy nim to chrześcijaństwo w czystej postaci albo elementarna przyzwoitość.
W sumie zaczęłam pracę i zgodnie ze słowami taty: płacę swoje. W 50% mnie to boli, w 50% jakoś się nie dziwię. Nie ma sensu oczekiwać, że wszyscy będą w porządku, podobnie jak nie wyglądamy sprawiedliwości na studiach. Jasne, to beznadziejne, że studenci są traktowani wg zasady: "domyśl się jaki mam humor, bo wg niego będziesz oceniany/a" albo "przeczytaj w moich myślach, czego od ciebie oczekuję". Ale jest jak jest, trzeba to przyjąć, nie brać do siebie i spać spokojnie.
Wracając do mojej pracy - jest ok. Po prostu czuję, że mam przykręconą śrubę trochę bardziej, niż trzeba i wymaga się ode mnie lekkiego jasnowidzenia. Ale spoko - jest wystarczająco dobrze. Dlaczego?
W psychologii funkcjonuje pojęcie "wystarczająco dobrej matki". To taka bardzo nieidealna kobieta, która zaspokaja wszystkie niezbędne potrzeby dziecka, ale nie zawsze od razu i czasem z błędami. Dba o maluszka i spędza z nim czas. Miewa "gorsze dni". Zdarza jej się czegoś nie wiedzieć. I to WYSTARCZY, żeby dziecko zdrowo i szczęśliwie się rozwijało. Co więcej, matka lepsza od wystarczająco dobrej, czyli idealna, wpływa szkodliwie na rozwój dziecka. Ha!
Praca nie musi być idealna. Staje się "wystarczająco dobra", gdy znajduje się w niej choć jeden życzliwy człowiek. Nie, nie tylko uprzejmy - troszkę bardziej. Rozumie, że może nam być trudno. Nie wymaga niemożliwości. Zajmuje się swoimi sprawami, ale jest gotów je przerwać, gdy potrzebujemy pomocy. Czasem po prostu zagada i zrobi herbatę. Potraktuje, jak człowieka, a nie jak Nieustannie Obserwowaną Wadliwą Aplikantkę (w skrócie NOWA). Daje wsparcie - o, właśnie o to chodzi. Wtedy obiektywnie wysokie poprzeczki nie są takie straszne.
Sprawdza się. Jeździłam kiedyś na takie kapitalne rekolekcje dla młodzieży. Wszystko było naprawdę awsome, poza tym, że ludzie na nie jeżdżący byli ekstremalnie zamknięci na nowe osoby. Sami wobec innych "stałych bywalców" byli bardzo otwarci, w ogóle stanowili dobrą wspólnotę, ale "nowi" zderzali się z betonowym murem. Dowodem na to, że gdy mówiliśmy o włączeniu się w to towarzystwo to w słowach: "trzeba się tam WBIĆ". Ostatecznie się udało, ale czy o to chodzi?
Może właśnie dlatego tak bardzo spodobała mi się moja studencka wspólnota. Odniosłam wrażenie, że zasada brzmi: "jesteśmy RAZEM, a nie grupami". Już od początku klany o wspólnym pochodzeniu były rozdzielane do różnych pokoi, a przy jedzeniu siadaliśmy tak, żeby nie znać choć jednej osoby obok nas. A potem słyszałam nie raz, że jak przyjdzie ktoś nowy, to trzeba do niego zagadać. W praktyce bywało różnie, ale zwykle właśnie tak.
Pojedynczy nowy jest najsłabszy. Obserwowany, oceniany, samotny i zdezorientowany. Bycie z nim i przy nim to chrześcijaństwo w czystej postaci albo elementarna przyzwoitość.
W sumie zaczęłam pracę i zgodnie ze słowami taty: płacę swoje. W 50% mnie to boli, w 50% jakoś się nie dziwię. Nie ma sensu oczekiwać, że wszyscy będą w porządku, podobnie jak nie wyglądamy sprawiedliwości na studiach. Jasne, to beznadziejne, że studenci są traktowani wg zasady: "domyśl się jaki mam humor, bo wg niego będziesz oceniany/a" albo "przeczytaj w moich myślach, czego od ciebie oczekuję". Ale jest jak jest, trzeba to przyjąć, nie brać do siebie i spać spokojnie.
Wracając do mojej pracy - jest ok. Po prostu czuję, że mam przykręconą śrubę trochę bardziej, niż trzeba i wymaga się ode mnie lekkiego jasnowidzenia. Ale spoko - jest wystarczająco dobrze. Dlaczego?
W psychologii funkcjonuje pojęcie "wystarczająco dobrej matki". To taka bardzo nieidealna kobieta, która zaspokaja wszystkie niezbędne potrzeby dziecka, ale nie zawsze od razu i czasem z błędami. Dba o maluszka i spędza z nim czas. Miewa "gorsze dni". Zdarza jej się czegoś nie wiedzieć. I to WYSTARCZY, żeby dziecko zdrowo i szczęśliwie się rozwijało. Co więcej, matka lepsza od wystarczająco dobrej, czyli idealna, wpływa szkodliwie na rozwój dziecka. Ha!
Praca nie musi być idealna. Staje się "wystarczająco dobra", gdy znajduje się w niej choć jeden życzliwy człowiek. Nie, nie tylko uprzejmy - troszkę bardziej. Rozumie, że może nam być trudno. Nie wymaga niemożliwości. Zajmuje się swoimi sprawami, ale jest gotów je przerwać, gdy potrzebujemy pomocy. Czasem po prostu zagada i zrobi herbatę. Potraktuje, jak człowieka, a nie jak Nieustannie Obserwowaną Wadliwą Aplikantkę (w skrócie NOWA). Daje wsparcie - o, właśnie o to chodzi. Wtedy obiektywnie wysokie poprzeczki nie są takie straszne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


