Mój mąż akurat ogląda Jedyną Słuszną Telewizję. Mnie ona nie urzeka w podobnie wysokim stopniu, więc piszę tu (choć trzeba przyznać, że leci akurat piękna muzyka).
Teraz wracam do ślubu. Już mi było prościej - od przysięgi czułam się jakoś bardziej... wyluzowana. Śmiać mi się chciało, jak bracia próbowali skoordynować ruchy rąk, podając nam obrączki, mikrofon i tekst równocześnie.
Potem usiedliśmy obok siebie. Znów cały kościół pozostał za plecami. A do mnie zaczęło docierać, co się właśnie stało. I chusteczki się przydały.
Reszta mszy minęła bez zakłóceń. Piękna. Super jest być tak blisko ołtarza. A na zakończenie br. Bł. podszedł, mówił, że podziwia naszą odwagę. Ja też się podziwiam:)
Życzenia... jak już mówiłam, wiele, wiele osób się przewinęło obok nas.
A potem wyście pojechali. Myśmy mieli kilka chwil dla siebie. Jest taki element wesela, którego bardzo nie lubię: wołania "gorzko, gorzko". Co tak ludzi jara, jak patrzą, jak inni się całują? Co my mamy gościom udowodnić? Że się potrafimy całować? Słabe. Strasznie słabe. Jak ktoś potrzebuje korepetycji - niech poogląda Polsat po północy. Jak ktoś potrzebuje dowodu miłości, niech idzie po akt ślubu.
Wesele było piękne. Bardzo mi się podobało. Na pewno trochę dlatego, że takie krótkie:) Ale M. zrobił świetną playlistę. Jedzenie było super (choć zjadłam tylko zupę i pół drugiego dania). Miałam akurat tyle czasu, żeby zająć się tym, co najważniejsze (zatańczeniem z tatą i z chrzestnym, pogadaniem z dziadkami, chwilą wygłupów z dziewczynami). Udało mi się też złapać M. i z nim zatańczyć. (M. nie wiem, czy kiedykolwiek zajrzysz na tego bloga, ale jeśli tak, powtarzam Tobie i całemu światu to, co powiedziałam Ci na sali: Cieszę się, że mam właśnie takiego brata, jak Ty).
I pierwszy taniec wyszedł nam wspaniale:) Choć gdyby goście wiedzieli, ile czasu zabrały nam próby... Ach... całe, wielkie, okrągłe... 3 minuty. I dobrze, że był. Bo w sumie to niemal jedyny mój taniec, zatańczony na weselu z J. Poza nim, zawsze ktoś inny mnie odciągał.
Już koło 19 byliśmy... zmęczeni. Może dlatego, że wszystko się działo dość szybko i musiało być ściśnięte w tej małej porcji czasu. Prezent od mamy... krojenie ciasta... zdjęcia... w międzyczasie porozdawanie paczek...
W końcu wpakowaliśmy się do samochodu. "Jak się czujesz?" zapytał J. Kiwnęłam głową, mając na kolanach dwa duże torty.
Wynieśliśmy prezenty na 3 piętro. Wpakowaliśmy, co się dało do lodówki. W międzyczasie M. przywiózł resztę rzeczy. Zamknęliśmy za nim drzwi.
Wreszcie mieliśmy czas tylko dla siebie.
środa, 24 września 2014
wtorek, 23 września 2014
Połowa pierwszego z trzech
Tyle napisano już o małżeństwie pięknych słów, książek całych (dwie leżą teraz przy mnie), na kazaniu dwa dni temu, wydaje się, że br. B. powiedział już wszystko.
A jednak nie...
Piękne słońce oświetla mały, drewniany pokoik. Jestem sama. Mój mąż wyszedł na spacer, bo, jak stwierdził, "brak samotności mu doskwiera". To prawda. Przez ostatnie trzy dni byliśmy nierozłączni.
Zaczęło się w sobotę, od błogosławieństwa. Czekałam w tej przecudnej, białej sukience, mając nadzieję, że i dla niego będzie piękna. Wraz ze mną była rodzina i najbliższe dziewczyny, zbite w ciasną grupkę w kuchni. Z jednej strony, taką wielką miałam ochotę, żeby stać tam z Wami, w grupie, a nie na widoku, na środku, sama... żeby to ktoś inny miał tą sukienkę... bo się bałam i nie wiedziałam, jak mam się zachować.
Aż w końcu przyszedł. Maszyna ślubno-weselna ruszyła pełną parą na ostatnią prostą. Oboje, zestresowani, siedzieliśmy na środku, rodzina równie spięta, choć parę osób próbowało rozładować sytuację (mała J., skacząca po kuchni była dla mnie wielką pomocą). W końcu chrzestna dotarła i zaczęło się błogosławieństwo.
Co to znaczy: "błogosławić"? To jak dobre życzenia, ale jakoś bardziej. Nie można zaprzeczyć, że słowa mają moc. Wystarczy, że ktoś powie: "ty głupku", a już się czujemy inaczej. A co dopiero, jak ktoś powie: "piękna jesteś". Dlatego ja wierzę, że, gdy komuś dobrze życzymy, gdy błogosławimy, to jakoś zmienia rzeczywistość. A tyle pięknych słów powiedziano nad nami tego dnia...
W końcu wyszliśmy z mieszkania i piorunem wpakowaliśmy się do samochodu. Chwała Bogu za mojego brata. Naturalnie, na luzie, jakby nic się nie działo wielkiego, prowadził rozmowę i samochód. Jechaliśmy powoli, spokojnie, wreszcie uwolnieni spod obstrzału spojrzeń. Czy na pewno? "Uśmiechają się do Was." mówił M. co chwila, zerkając na przechodniów i pasażerów tramwaju. "Popatrzcie, ile radości dajecie miastu". W końcu przestałam się spinać i zaczęłam oddawać uśmiechy, a nawet machać, jak królowa brytyjska. Skoro ludzi jara nasz widok - niech mają.
Pod kościołem staliśmy pewną chwilkę. Ludzie schodzili się, jedni za drugimi. Ja na widok niektórych bardzo się cieszyłam, inni byli równie miłą niespodzianką. Zakrystia. Dogrywanie szczegółów. Mnie się aż język plątał ze zdenerwowania. A., jak dobrze było mieć Cię wtedy przy sobie, móc się do Ciebie przytulić... W końcu przyszedł br. B. Atmosfera się rozluźniła. Uspokoiłam się trochę, paradoksalnie, widząc, że br. jest bardziej zestresowany niż ja:) Stanęliśmy z tyłu kościoła. Już nie pamiętam, czy grał organista, ustaliliśmy, jak się będziemy trzymać. Bałam się, nie macie pojęcia, jak.
Ktoś zawołał: "Brat idzie". Podszedł do nas. Skupiłam się całym sercem na tym, co mówił tam, w drzwiach, ale, szczerze mówiąc, nie zrozumiałam prawie nic. Poza tym, że teraz całujemy krzyż, a tym pocałunkiem zapraszamy Ukrzyżowanego do naszego życia.
Trochę wydaje się dziwne, prawda? Na ślubie całować krzyż - cierpienie, ofiarę. Gdzie na to miejsce w radości wesela? Pamiętam pewien wieczór, gdy byliśmy z J. w kościele, trochę pokłóceni, a raczej niedogadani. Mówiłam o tym wszystkim Bogu, zrozumiałam jakoś, że przyjmując swoją ukochaną osobę, bierze się nie tylko radość, ale i smutki, trudności, nieporozumienia. Ta druga osoba będzie czasem krzyżem. Może byłoby piękniej, gdyby było inaczej, ale świat jest właśnie taki. Nie biorąc krzyża - nie bierze się życia w jego pełni.
Ucałowałam więc, a wtedy przypomniałam sobie, po co tu jesteśmy, po co bierzemy ślub w kościele. Przecież nie przyszliśmy tu dla siebie, ale zaprosił nas Ktoś większy od nas, dobry, ogarniający ten cały zamęt. Stres jakoś się zmniejszył. Wzięłam J. pod rękę, drugą ścisnęłam bukiet. "Nareszcie" myślałam idąc do ołtarza.
Co nie znaczy, że stres odszedł całkiem. Czytania minęły, jak przez mgłę. Pamiętam P., jak czytał pierwsze, walcząc z drżącym głosem, potem O. śpiewającą psalm z dzieciątkiem, z Ewangelii nie zostało mi nic, poza pierwszym zdaniem... Usiedliśmy, wiedziałam, że po kazaniu zacznie się przysięga, a ja nie miałam pewności, czy będę w stanie powiedzieć choć słowo.
Na szczęście br. B. mówił długo. Mądrze, więc trzeba było się skupić. I patrzył na nas. Poprzeczkę, jak to on, stawiał wysoko. W sumie niewiele mogłabym powtórzyć, ale wiele w serce mi zapadło.
W końcu brat zakończył. Tak pięknie, że myślałam, że się popłaczę. Trochę zagubieni, wstaliśmy oboje. Powtórzyliśmy trzy razy: "chcemy". Br. zaprosił nas do siebie, przed ołtarz. Wtedy, dopiero po raz drugi, od wejścia do kościoła, spojrzałam na J. Patrzyłam w jego oczy, tak pełne miłości, że nie bałam się, naprawdę, już nic a nic. Słuchałam tego, co mi ślubował... Jak trzeba być odważnym, żeby komuś takie słowa mówić... Jak bardzo jestem wdzięczna, że są skierowane właśnie do mnie... I jak mogłabym nie odpowiedzieć tym samym? Więc odpowiedziałam. Z radością. W pełni świadomie. Rozumiejąc, że więcej nikomu nigdy dać nie mogę. Potem br. pobłogosławił, a my wreszcie staliśmy się małżeństwem.
Wiecie, kiedy klaskaliście po naszej przysiędze, po raz pierwszy mogłam się rozejrzeć po kościele. Jejku... jak wiele osób tam było. Niesamowite, że mamy tylu przyjaciół, że nasze rodziny chciały być częścią tej chwili. Mogłabym napisać mega długiego posta o tym, jak wiele, wielu osobom zawdzięczam w kwestii mojego związku oraz przygotowań do ślubu i wesela. A przy kilku napisałabym: "bez Ciebie, by nie wyszło".
Trzy dni ledwo minęły, a ja już wiem, że wszystko, co widziałam, czytałam, słyszałam o małżeństwie ma się do naszej rzeczywistości, jak nauka pływania na piasku do... hmmm... no po prostu pływania:)
Choć na razie ledwo oderwaliśmy stopy od dna, co my tam wiemy o życiu... ale...
...odkąd mam na palcu tą obrączkę, wreszcie wszystko jest takie, jak ma być.
A jednak nie...
Piękne słońce oświetla mały, drewniany pokoik. Jestem sama. Mój mąż wyszedł na spacer, bo, jak stwierdził, "brak samotności mu doskwiera". To prawda. Przez ostatnie trzy dni byliśmy nierozłączni.
Zaczęło się w sobotę, od błogosławieństwa. Czekałam w tej przecudnej, białej sukience, mając nadzieję, że i dla niego będzie piękna. Wraz ze mną była rodzina i najbliższe dziewczyny, zbite w ciasną grupkę w kuchni. Z jednej strony, taką wielką miałam ochotę, żeby stać tam z Wami, w grupie, a nie na widoku, na środku, sama... żeby to ktoś inny miał tą sukienkę... bo się bałam i nie wiedziałam, jak mam się zachować.
Aż w końcu przyszedł. Maszyna ślubno-weselna ruszyła pełną parą na ostatnią prostą. Oboje, zestresowani, siedzieliśmy na środku, rodzina równie spięta, choć parę osób próbowało rozładować sytuację (mała J., skacząca po kuchni była dla mnie wielką pomocą). W końcu chrzestna dotarła i zaczęło się błogosławieństwo.
Co to znaczy: "błogosławić"? To jak dobre życzenia, ale jakoś bardziej. Nie można zaprzeczyć, że słowa mają moc. Wystarczy, że ktoś powie: "ty głupku", a już się czujemy inaczej. A co dopiero, jak ktoś powie: "piękna jesteś". Dlatego ja wierzę, że, gdy komuś dobrze życzymy, gdy błogosławimy, to jakoś zmienia rzeczywistość. A tyle pięknych słów powiedziano nad nami tego dnia...
W końcu wyszliśmy z mieszkania i piorunem wpakowaliśmy się do samochodu. Chwała Bogu za mojego brata. Naturalnie, na luzie, jakby nic się nie działo wielkiego, prowadził rozmowę i samochód. Jechaliśmy powoli, spokojnie, wreszcie uwolnieni spod obstrzału spojrzeń. Czy na pewno? "Uśmiechają się do Was." mówił M. co chwila, zerkając na przechodniów i pasażerów tramwaju. "Popatrzcie, ile radości dajecie miastu". W końcu przestałam się spinać i zaczęłam oddawać uśmiechy, a nawet machać, jak królowa brytyjska. Skoro ludzi jara nasz widok - niech mają.
Pod kościołem staliśmy pewną chwilkę. Ludzie schodzili się, jedni za drugimi. Ja na widok niektórych bardzo się cieszyłam, inni byli równie miłą niespodzianką. Zakrystia. Dogrywanie szczegółów. Mnie się aż język plątał ze zdenerwowania. A., jak dobrze było mieć Cię wtedy przy sobie, móc się do Ciebie przytulić... W końcu przyszedł br. B. Atmosfera się rozluźniła. Uspokoiłam się trochę, paradoksalnie, widząc, że br. jest bardziej zestresowany niż ja:) Stanęliśmy z tyłu kościoła. Już nie pamiętam, czy grał organista, ustaliliśmy, jak się będziemy trzymać. Bałam się, nie macie pojęcia, jak.
Ktoś zawołał: "Brat idzie". Podszedł do nas. Skupiłam się całym sercem na tym, co mówił tam, w drzwiach, ale, szczerze mówiąc, nie zrozumiałam prawie nic. Poza tym, że teraz całujemy krzyż, a tym pocałunkiem zapraszamy Ukrzyżowanego do naszego życia.
Trochę wydaje się dziwne, prawda? Na ślubie całować krzyż - cierpienie, ofiarę. Gdzie na to miejsce w radości wesela? Pamiętam pewien wieczór, gdy byliśmy z J. w kościele, trochę pokłóceni, a raczej niedogadani. Mówiłam o tym wszystkim Bogu, zrozumiałam jakoś, że przyjmując swoją ukochaną osobę, bierze się nie tylko radość, ale i smutki, trudności, nieporozumienia. Ta druga osoba będzie czasem krzyżem. Może byłoby piękniej, gdyby było inaczej, ale świat jest właśnie taki. Nie biorąc krzyża - nie bierze się życia w jego pełni.
Ucałowałam więc, a wtedy przypomniałam sobie, po co tu jesteśmy, po co bierzemy ślub w kościele. Przecież nie przyszliśmy tu dla siebie, ale zaprosił nas Ktoś większy od nas, dobry, ogarniający ten cały zamęt. Stres jakoś się zmniejszył. Wzięłam J. pod rękę, drugą ścisnęłam bukiet. "Nareszcie" myślałam idąc do ołtarza.
Co nie znaczy, że stres odszedł całkiem. Czytania minęły, jak przez mgłę. Pamiętam P., jak czytał pierwsze, walcząc z drżącym głosem, potem O. śpiewającą psalm z dzieciątkiem, z Ewangelii nie zostało mi nic, poza pierwszym zdaniem... Usiedliśmy, wiedziałam, że po kazaniu zacznie się przysięga, a ja nie miałam pewności, czy będę w stanie powiedzieć choć słowo.
Na szczęście br. B. mówił długo. Mądrze, więc trzeba było się skupić. I patrzył na nas. Poprzeczkę, jak to on, stawiał wysoko. W sumie niewiele mogłabym powtórzyć, ale wiele w serce mi zapadło.
W końcu brat zakończył. Tak pięknie, że myślałam, że się popłaczę. Trochę zagubieni, wstaliśmy oboje. Powtórzyliśmy trzy razy: "chcemy". Br. zaprosił nas do siebie, przed ołtarz. Wtedy, dopiero po raz drugi, od wejścia do kościoła, spojrzałam na J. Patrzyłam w jego oczy, tak pełne miłości, że nie bałam się, naprawdę, już nic a nic. Słuchałam tego, co mi ślubował... Jak trzeba być odważnym, żeby komuś takie słowa mówić... Jak bardzo jestem wdzięczna, że są skierowane właśnie do mnie... I jak mogłabym nie odpowiedzieć tym samym? Więc odpowiedziałam. Z radością. W pełni świadomie. Rozumiejąc, że więcej nikomu nigdy dać nie mogę. Potem br. pobłogosławił, a my wreszcie staliśmy się małżeństwem.
Wiecie, kiedy klaskaliście po naszej przysiędze, po raz pierwszy mogłam się rozejrzeć po kościele. Jejku... jak wiele osób tam było. Niesamowite, że mamy tylu przyjaciół, że nasze rodziny chciały być częścią tej chwili. Mogłabym napisać mega długiego posta o tym, jak wiele, wielu osobom zawdzięczam w kwestii mojego związku oraz przygotowań do ślubu i wesela. A przy kilku napisałabym: "bez Ciebie, by nie wyszło".
Trzy dni ledwo minęły, a ja już wiem, że wszystko, co widziałam, czytałam, słyszałam o małżeństwie ma się do naszej rzeczywistości, jak nauka pływania na piasku do... hmmm... no po prostu pływania:)
Choć na razie ledwo oderwaliśmy stopy od dna, co my tam wiemy o życiu... ale...
...odkąd mam na palcu tą obrączkę, wreszcie wszystko jest takie, jak ma być.
niedziela, 21 września 2014
czwartek, 18 września 2014
W cieniu Twoich rąk
W cieniu Twoich rąk
ukryj proszę mnie,
Gdy boję się, gdy wokół mrok,
bądź światłem bądź nadziei dniem.
Wszystkim o czym śnię,
głosem w sercu mym,
Jak ręka która trzyma mnie.
Nad brzegiem nocy brzegiem dni,
Bądź jak skrzydła dwa, kiedy braknie sił.
Chwyć mnie i nieś niech niebo bliżej będzie,
Tak bardzo chcę w ramionach skryć się Twych.
(TGD)
ukryj proszę mnie,
Gdy boję się, gdy wokół mrok,
bądź światłem bądź nadziei dniem.
Wszystkim o czym śnię,
głosem w sercu mym,
Jak ręka która trzyma mnie.
Nad brzegiem nocy brzegiem dni,
Bądź jak skrzydła dwa, kiedy braknie sił.
Chwyć mnie i nieś niech niebo bliżej będzie,
Tak bardzo chcę w ramionach skryć się Twych.
(TGD)
środa, 17 września 2014
co dziś chciałam
Chciałam iść do dentysty, ale coś Pani wypadło.
Chciałam obczaić fryzjera, mam podcięte końcówki.
Chciałam zrobić obiad, ale na korytarzu był potop.
Chciałam usadzić gości przy stole i zrobiłam to.
Chciałam przenieść 10 kg, bolał mnie kręgosłup.
Chciałam zrobić przelew, zapomniałam hasła.
Chciałam pocałować J. na powitanie, zadzwonił telefon.
Chciałam zjeść obiad do końca, a poszłam na spacer.
Chciałam poćwiczyć pierwszy taniec, a wygląda na to, że nawet mnie zaskoczy.
Chciałam dużo powiedzieć, ale brakło mi słów.
Chciałam przeprosić, okazało się - niepotrzebnie.
Chciałam się do kogoś przytulić, był, jak zawsze, tylko dla mnie.
Chciałam wrzucić tą piosenkę:
https://www.youtube.com/watch?v=PgGUKWiw7Wk
z komentarzem:
"Jeśli nie dla tekstu, do dla tych dwóch głosów warto posłuchać"
ale przypomniało mi się zdanie:
"chcesz być kochany: kochaj, kochaj, kochaj"
To był dobry dzień. Choć trudny jak diabli. Czuję, że żyję.
Chciałam obczaić fryzjera, mam podcięte końcówki.
Chciałam zrobić obiad, ale na korytarzu był potop.
Chciałam usadzić gości przy stole i zrobiłam to.
Chciałam przenieść 10 kg, bolał mnie kręgosłup.
Chciałam zrobić przelew, zapomniałam hasła.
Chciałam pocałować J. na powitanie, zadzwonił telefon.
Chciałam zjeść obiad do końca, a poszłam na spacer.
Chciałam poćwiczyć pierwszy taniec, a wygląda na to, że nawet mnie zaskoczy.
Chciałam dużo powiedzieć, ale brakło mi słów.
Chciałam przeprosić, okazało się - niepotrzebnie.
Chciałam się do kogoś przytulić, był, jak zawsze, tylko dla mnie.
Chciałam wrzucić tą piosenkę:
https://www.youtube.com/watch?v=PgGUKWiw7Wk
z komentarzem:
"Jeśli nie dla tekstu, do dla tych dwóch głosów warto posłuchać"
ale przypomniało mi się zdanie:
"chcesz być kochany: kochaj, kochaj, kochaj"
To był dobry dzień. Choć trudny jak diabli. Czuję, że żyję.
niedziela, 14 września 2014
A jednak lubię Kraków
Lubię Kraków w moje niedzielne poranki. Dla miasta godzina 8:00 w dzień wolny to jeszcze środek nocy. Wychodzę z domu - cisza. Pojedynczy samochód przemknie drogą. Idę i wdycham możliwie najczystsze powietrze. Cisza. Mgła wolno się podnosi znad małej łączki. Idę. W kościele światło i harmonijny śpiew. Nie mącą ciszy. Pierwsi przechodnie pojawiają się na wysokości Biedronki. Ale ona sama śpi jeszcze. Żałuję w myślach tych, co krzątają się, rozkładając towar. Idę dalej. Pod tesco śpi znajomy pijaczyna. W pół zgięty. I on - cichy, jak rzadko. Już słyszę tramwaje. Przystanki, jak zwykle, bardziej ożywione. A dworzec nie zasypia nigdy.
piątek, 12 września 2014
Stan na tydzień przed ślubem
Nie jest źle - większość spraw jest ogarnięta. Gdyby wszystko miałoby odbyć się jutro, to:
miałabym piękną liturgię, z odpowiednim kapłanem i organistą. Co prawda schola trochę by fałszowała, ze względu na śpiewanie bez próby, ale liczę na ich franciszkańskie zdolności prędkiego ogarnięcia chaosu. Miałabym białą sukienkę, z welonem, choć moja fryzura sprowadzałaby się do włosów spiętych gumką. No i nie byłabym umalowana (co by mnie nawet cieszyło), a bukiet zebrałby mój luby na skwerku pod blokiem.
Goście z kościoła do restauracji przemieściliby się piechotą tudzież tramwajem, a tam nastąpiłaby szybka giełda zamiany miejsc (bo są nieprzydzielone). Zapewne okazałoby się, że kilka nakryć brakuje, gdyż Ci, co jeszcze nie potwierdzili przyjścia, z pewnością by się pojawili. Ale w końcu każdy znalazłby swój talerz. Po obiedzie przystąpilibyśmy do tańców, choć nasz pierwszy byłby losowo wybraną melodią ze spontaniczną kompozycją kroków. Ale na pewno wszyscy bawiliby się świetnie:)
Jak ja się czuję?
Czy ktoś wie, na jak długo wystarczy tej adrenaliny? Potrzebuję jeszcze na tydzień z lekkim hakiem. Ten stan ma swoje skutki uboczne, jak: drżenie rąk, napięcie mięśni i trudności z kontrolą reakcji emocjonalnych. Ale za to funkcjonuję jak na gigantycznym spidzie: mam dużo siły, moje myśli są skoncentrowane, skupione na bieżącym problemie. Adrenalina tworzy "szklany sufit" dla negatywnych emocji, pomaga je przejść dość szybko i zająć się kolejnym zadaniem. No i wpływ mojego przeziębienia na funkcjonowanie jest ograniczony.
Jakiego założenia musiałam się pozbyć szykując ślub i wesele?
Jak ktoś mówi, że coś zrobi, to zrobi.
A co okazało się piękną prawdą?
Nie jestem sama z tym wszystkim. Choć często tak się czuję.
miałabym piękną liturgię, z odpowiednim kapłanem i organistą. Co prawda schola trochę by fałszowała, ze względu na śpiewanie bez próby, ale liczę na ich franciszkańskie zdolności prędkiego ogarnięcia chaosu. Miałabym białą sukienkę, z welonem, choć moja fryzura sprowadzałaby się do włosów spiętych gumką. No i nie byłabym umalowana (co by mnie nawet cieszyło), a bukiet zebrałby mój luby na skwerku pod blokiem.
Goście z kościoła do restauracji przemieściliby się piechotą tudzież tramwajem, a tam nastąpiłaby szybka giełda zamiany miejsc (bo są nieprzydzielone). Zapewne okazałoby się, że kilka nakryć brakuje, gdyż Ci, co jeszcze nie potwierdzili przyjścia, z pewnością by się pojawili. Ale w końcu każdy znalazłby swój talerz. Po obiedzie przystąpilibyśmy do tańców, choć nasz pierwszy byłby losowo wybraną melodią ze spontaniczną kompozycją kroków. Ale na pewno wszyscy bawiliby się świetnie:)
Jak ja się czuję?
Czy ktoś wie, na jak długo wystarczy tej adrenaliny? Potrzebuję jeszcze na tydzień z lekkim hakiem. Ten stan ma swoje skutki uboczne, jak: drżenie rąk, napięcie mięśni i trudności z kontrolą reakcji emocjonalnych. Ale za to funkcjonuję jak na gigantycznym spidzie: mam dużo siły, moje myśli są skoncentrowane, skupione na bieżącym problemie. Adrenalina tworzy "szklany sufit" dla negatywnych emocji, pomaga je przejść dość szybko i zająć się kolejnym zadaniem. No i wpływ mojego przeziębienia na funkcjonowanie jest ograniczony.
Jakiego założenia musiałam się pozbyć szykując ślub i wesele?
Jak ktoś mówi, że coś zrobi, to zrobi.
A co okazało się piękną prawdą?
Nie jestem sama z tym wszystkim. Choć często tak się czuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)