Okazało się, że imię
Maria znaczy jeszcze dająca nadzieję.
Ostatnio odkryłam, że nadzieja, to nie jest wiara w to, że będzie dobrze. Bo to jest tylko... wiara w to, że będzie dobrze.
A nadzieja? W niej chodzi o to, że będzie lepiej.
Bez sensu być chrześcijaninem wierząc, że będzie dobrze. No ten świat bez chorób, cierpień, kłótni, wojen... To trochę za mało. Ale jak się poczyta Biblię, to, co ma być, jest po prostu niesamowite.
Choćby obraz uczty, gdzie Pan Bóg przygotowuje najlepsze jedzenie, najlepsze wino. A nie, że tam, no... już się skończy post.
Kiedy Pan Bóg mówi o zbawionych, to nie ocenia: "Ok, no nawet mało nagrzeszyłaś." Ale woła: "Jakże jesteś urocza! Śpiewajcie o niej!"
Nawet jak jest mowa o "niebiańskich pastwiskach", nie są to takie sobie, o, że trochę trawy. Ale łąki pełne kwiatów, pełne lilii.
Takie obrazy:) I już nie wierzę, że chrześcijaństwo jest smutne:)
wtorek, 13 maja 2014
piątek, 9 maja 2014
Święto, gdy narzeczone niosły kołacze do świątyni
Właściwie to nie były narzeczone, tylko panny na wydaniu. Ale, że większość takich panien prędzej czy później zmieni stan na narzeczeński, to w sumie wszystko jedno. Oba te stany mają jedną wspólną rzeczywistość: czekanie. Taka panna czeka sobie na kawalera, taka narzeczona czeka na wesele (opcjonalnie na ślub, jak się nie lubi wesel) z tym kawalerem.
Zauważyłam u siebie takie coś, że bardzo nie lubię czekać. Jeśli stoję sobie w jakiejś kolejeczce, to albo coś czytam, albo intensywnie obmyślam, generalnie - wysiedzieć, tudzież wystać nie mogę. A jak mam możliwość daną rzeczywistość przyspieszyć, to na rzęsach staję, żeby to zrobić. Na przykład, tak sobie mówię z Panem Bogiem czasem, dlaczego jeszcze nie jestem cierpliwa/spokojna/mądra/wyluzowana...??? Przecież tak się staram! A Pan Bóg... No on ma czas. Naprawdę ma i to jest piękne. Dlaczego? Bo zapobiega takiemu pojmowaniu życia, że jego drogą jest nieustanne doskonalenie, a celem ideał.
Co do tego mają nasze narzeczone? Ano kołacz to nie byle ciasto (i nie okrągła drożdżówka! Małopolska, błagam! Jak tak można?), tylko takie, które piecze się od święta. Nie wiem dobrze, co Greczynki (bo to greckie święto było) świętowały. Ale ja myślę, że swój stan. Nie to, co będzie, ale że teraz, że są tymi pannami, że czekają.
To można świętować - czekanie. Choć czasem doskwiera, bo to przecież jakiś brak, nie pełnia. Może nawet często doskwiera... Nie raz pojawi się pokusa, żeby iść na skróty. Wydaje się ten czas bezwartościowy, chyba tylko cierpliwości uczy...
I bardzo, bardzo dobrze. Co najmniej dlatego warto czekanie świętować. Bo jaka jest miłość? Cierpliwa. Na pierwszym miejscu - cierpliwa. Takie czekanie jest więc szkołą miłości.
I pewno jeszcze nie jednej rzeczy. Idę świętować.
Zauważyłam u siebie takie coś, że bardzo nie lubię czekać. Jeśli stoję sobie w jakiejś kolejeczce, to albo coś czytam, albo intensywnie obmyślam, generalnie - wysiedzieć, tudzież wystać nie mogę. A jak mam możliwość daną rzeczywistość przyspieszyć, to na rzęsach staję, żeby to zrobić. Na przykład, tak sobie mówię z Panem Bogiem czasem, dlaczego jeszcze nie jestem cierpliwa/spokojna/mądra/wyluzowana...??? Przecież tak się staram! A Pan Bóg... No on ma czas. Naprawdę ma i to jest piękne. Dlaczego? Bo zapobiega takiemu pojmowaniu życia, że jego drogą jest nieustanne doskonalenie, a celem ideał.
Co do tego mają nasze narzeczone? Ano kołacz to nie byle ciasto (i nie okrągła drożdżówka! Małopolska, błagam! Jak tak można?), tylko takie, które piecze się od święta. Nie wiem dobrze, co Greczynki (bo to greckie święto było) świętowały. Ale ja myślę, że swój stan. Nie to, co będzie, ale że teraz, że są tymi pannami, że czekają.
To można świętować - czekanie. Choć czasem doskwiera, bo to przecież jakiś brak, nie pełnia. Może nawet często doskwiera... Nie raz pojawi się pokusa, żeby iść na skróty. Wydaje się ten czas bezwartościowy, chyba tylko cierpliwości uczy...
I bardzo, bardzo dobrze. Co najmniej dlatego warto czekanie świętować. Bo jaka jest miłość? Cierpliwa. Na pierwszym miejscu - cierpliwa. Takie czekanie jest więc szkołą miłości.
I pewno jeszcze nie jednej rzeczy. Idę świętować.
środa, 7 maja 2014
Helena, Klara i Łucja
Helena - blask, jasność, pochodnia, (albo święto, gdy narzeczone niosły kołacze do świątyni ale o tym kiedy indziej)
Klara - jasna, świetlista,
Łucja - przynosząca światło
Czasem, gdy ktoś chce nas do czegoś zachęcić, mówi: "zamknij oczy i skacz w tę przepaść". Ale: "zamknij oczy i żyj!" to już gruba przesada. Bo można się wyuczyć życia. Robić swoje, poruszać się po tak pewnym i znanym gruncie, że się aż zamyka oczy. Po co latać, gdy można spać?
Wtedy przyjdzie taka jedna z drugą (i jeszcze trzeci z czwartym), zaświeci halogen w ciemności: Majka! Pobudka! Krzywdzisz kogoś! albo: Zaniedbujesz! Jak to dobrze, że mają odwagę obudzić. Chociaż boli fest strasznie. Nienawidzę krytyki.
Ale to światło nie zawsze razi w oczy. Czasem jest ciepłe, jasne, delikatne. Tak bardzo potrzebne, szczególnie w dni, gdy piszę dołujące posty:) Siedzę sama w swojej własnej ciemności, skupiam się - oczywiście na sobie, bo przecież nikogo innego nie widać. A tu nagle iskierka, drugi człowiek. Ma w sobie tyle ciepła, żeby ogrzać i siebie i mnie.
Nie mogę jednak zostać tu długo. I ja chcę iść do ludzi ze światłem. Moje trzecie imię (to z bierzmowania) akurat ma znaczenie:)
Klara - jasna, świetlista,
Łucja - przynosząca światło
Czasem, gdy ktoś chce nas do czegoś zachęcić, mówi: "zamknij oczy i skacz w tę przepaść". Ale: "zamknij oczy i żyj!" to już gruba przesada. Bo można się wyuczyć życia. Robić swoje, poruszać się po tak pewnym i znanym gruncie, że się aż zamyka oczy. Po co latać, gdy można spać?
Wtedy przyjdzie taka jedna z drugą (i jeszcze trzeci z czwartym), zaświeci halogen w ciemności: Majka! Pobudka! Krzywdzisz kogoś! albo: Zaniedbujesz! Jak to dobrze, że mają odwagę obudzić. Chociaż boli fest strasznie. Nienawidzę krytyki.
Ale to światło nie zawsze razi w oczy. Czasem jest ciepłe, jasne, delikatne. Tak bardzo potrzebne, szczególnie w dni, gdy piszę dołujące posty:) Siedzę sama w swojej własnej ciemności, skupiam się - oczywiście na sobie, bo przecież nikogo innego nie widać. A tu nagle iskierka, drugi człowiek. Ma w sobie tyle ciepła, żeby ogrzać i siebie i mnie.
Nie mogę jednak zostać tu długo. I ja chcę iść do ludzi ze światłem. Moje trzecie imię (to z bierzmowania) akurat ma znaczenie:)
wtorek, 6 maja 2014
Niech będzie pozytywny
Doszedł do mnie komentarz, że ostatnio smutno piszę i chyba mam jakiś kryzys życiowy:)
Nie żebym uważała, że kryzysy nie są dobre. To trudne czasy, ale jak się je odpowiednio przeżyje, dużo zmieniają na plus. Ale nie są przyjemne.
A co było dziś przyjemnego?
Wyspałam się!!!
Promotorka mnie pochwaliła, że mam ciekawą i porządną pracę. Mówiła też, że powinnam ją jakoś opublikować.
Dobrze mi się dziś pisało.
Zjadłam muffinkę czekoladową z Biedronki.
Jakiś miły Pan podumał ze mną w kolejce nad ciężarem zakupów.
Paulinka zrobiła mi piękną fryzurkę.
Schowałam kawę w koszyczku.
Byłam na przepięknej mszy i adoracji.
Właśnie zbieramy się na imprezę.
Otwarcie powiedziałam, z czym mam problem.
Doszłam do tego, jak go rozwiązać.
I jeszcze ta świadomość, że jest na świecie taki, który mnie kocha.
Tak, to był dobry dzień:)
Nie żebym uważała, że kryzysy nie są dobre. To trudne czasy, ale jak się je odpowiednio przeżyje, dużo zmieniają na plus. Ale nie są przyjemne.
A co było dziś przyjemnego?
Wyspałam się!!!
Promotorka mnie pochwaliła, że mam ciekawą i porządną pracę. Mówiła też, że powinnam ją jakoś opublikować.
Dobrze mi się dziś pisało.
Zjadłam muffinkę czekoladową z Biedronki.
Jakiś miły Pan podumał ze mną w kolejce nad ciężarem zakupów.
Paulinka zrobiła mi piękną fryzurkę.
Schowałam kawę w koszyczku.
Byłam na przepięknej mszy i adoracji.
Właśnie zbieramy się na imprezę.
Otwarcie powiedziałam, z czym mam problem.
Doszłam do tego, jak go rozwiązać.
I jeszcze ta świadomość, że jest na świecie taki, który mnie kocha.
Tak, to był dobry dzień:)
poniedziałek, 5 maja 2014
Logoterapia na co dzień, cz. 2
Jeśli sytuacja jest bez wyjścia, to trzeba ją akceptować taką, jaka jest.
Piękne. Proste, cudne.
Bo przecież można analizować przyczyny. Ale po co? Żeby spróbować jakoś uniknąć podobnej sytuacji w przeszłości? Ale to nie pomaga poradzić sobie z tym, co jest.
Można się przekonywać, że "przecież nie jest tak źle". No ale jest. I śpiewanie: "Always look at the bright side of life" to właśnie uciekanie od problemu.
No właśnie: można udawać, że nie ma tego, co stanowi problem. Tak jak matka, która nikomu nie mówi, że jej dziecko jest niepełnosprawne. Może nikt nie zauważy. Współczuję jej z całego serca, ale to co robi - nie pomoże na dłuższą metę.
Można też za wszelką cenę walczyć z tym, co złe. Do pewnego stopnia - tak. Czasem potrzeba parę kilo szaleństwa, żeby rozwalić mury albo przeskoczyć szczyty, o których mówi się, że nawet zbliżać się do nich nie da. Ale źle jest, gdy walka z problemem staje się celem. Psychologowi powinno zależeć na dobru danej osoby. A dobrem jest czasem - pozwolić na cierpienie.
Piękne. Proste, cudne.
Bo przecież można analizować przyczyny. Ale po co? Żeby spróbować jakoś uniknąć podobnej sytuacji w przeszłości? Ale to nie pomaga poradzić sobie z tym, co jest.
Można się przekonywać, że "przecież nie jest tak źle". No ale jest. I śpiewanie: "Always look at the bright side of life" to właśnie uciekanie od problemu.
No właśnie: można udawać, że nie ma tego, co stanowi problem. Tak jak matka, która nikomu nie mówi, że jej dziecko jest niepełnosprawne. Może nikt nie zauważy. Współczuję jej z całego serca, ale to co robi - nie pomoże na dłuższą metę.
Można też za wszelką cenę walczyć z tym, co złe. Do pewnego stopnia - tak. Czasem potrzeba parę kilo szaleństwa, żeby rozwalić mury albo przeskoczyć szczyty, o których mówi się, że nawet zbliżać się do nich nie da. Ale źle jest, gdy walka z problemem staje się celem. Psychologowi powinno zależeć na dobru danej osoby. A dobrem jest czasem - pozwolić na cierpienie.
piątek, 2 maja 2014
Pargament na co dzień
Pewnych spraw nie zrozumiemy, dopóki nie spojrzymy w przeszłość. Pogrzebiemy po życiu, aż do urodzin. I jeszcze dalej, jeszcze wcześniej.
Zdziwiło mnie, gdy w jednej teorii o radzeniu sobie z problemami, to właśnie "radzenie sobie" analizujemy od zdefiniowania światopoglądu danej osoby. Zaraz, zaraz! Tu jest problem, konkretny, po prostu, no nie wiem... ktoś zaraz wyleci ze studiów (bo zamiast pisać pracę magisterską, tworzy bloga). No, to tu jest problem, co ma do niego światopogląd? Ano ma: gdyby studia nie były dla tego kogoś ważne, to by nie było problemu. I nie byłoby co analizować. Innymi słowy: coś ukształtowanego lata, lata wcześniej - wpływa na obecny czas.
Czasem chciałoby się odciąć grubą kreską: liczy się to, co robię tu i teraz (albo czego nie robię, choć powinnam). Czasem chciałoby się zacząć wszystko od nowa: w nowym środowisku, nowym miejscu, bez "bagażu" i ze skasowaną pamięcią zapewne.
Dlaczego jednak to miałoby być obciążenie? A może potrzebujemy tego, co było. Nawet, jeśli trudne. Nawet, jeśli taki wstyd, że aż się nie chce wspominać. Nawet jeśli to tak naprawdę nie był nasz problem.
Pytanie tylko brzmi: do czego?
Zdziwiło mnie, gdy w jednej teorii o radzeniu sobie z problemami, to właśnie "radzenie sobie" analizujemy od zdefiniowania światopoglądu danej osoby. Zaraz, zaraz! Tu jest problem, konkretny, po prostu, no nie wiem... ktoś zaraz wyleci ze studiów (bo zamiast pisać pracę magisterską, tworzy bloga). No, to tu jest problem, co ma do niego światopogląd? Ano ma: gdyby studia nie były dla tego kogoś ważne, to by nie było problemu. I nie byłoby co analizować. Innymi słowy: coś ukształtowanego lata, lata wcześniej - wpływa na obecny czas.
Czasem chciałoby się odciąć grubą kreską: liczy się to, co robię tu i teraz (albo czego nie robię, choć powinnam). Czasem chciałoby się zacząć wszystko od nowa: w nowym środowisku, nowym miejscu, bez "bagażu" i ze skasowaną pamięcią zapewne.
Dlaczego jednak to miałoby być obciążenie? A może potrzebujemy tego, co było. Nawet, jeśli trudne. Nawet, jeśli taki wstyd, że aż się nie chce wspominać. Nawet jeśli to tak naprawdę nie był nasz problem.
Pytanie tylko brzmi: do czego?
czwartek, 1 maja 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)